20 stycznia 2002

Najgłębiej spenetrowana kobieta na Śląsku

Drogi czytelniku! Skoro ten nieco perwersyjny tytuł sprowokował Cię do kliknięcia w nagłówek mojego posta przygotuj się na dłuuuższą opowieść o tym jak trzech kumpli wybrało się na jednodniową, spontaniczna wycieczkę do Rybnickiego Okręgu Węglowego (ROW) na gagariny, ma się rozumieć.

Najpierw jednak słowo wyjaśnienia: ja to jestem mądry - najpierw napisałem tę długaaaśną relację, a potem dopiero sprawdziłem, czy któryś z moich współtowarzyszy podróży mnie nie ubiegł. Okazało się, że Jarosz już popełnił bym tekst pod wszystko mówiącym tytułem "Na ST44 do Rybnika i okolic". Niemniej jednak stwierdziłem, że skoro już napisałem to i owo, to nie mam sensu tego kasować. A zatem miłej lektury:

ROW to jedno z ostatnich miejsc, które nie doświadczyło najazdu lotnej brygady warszawskiej delegatury UOP-u – trzeba to więc było szybko zmienić. Na wystosowane imienne zaproszenia do wspólnego objazdu odpowiedział pozytywnie tylko wrocławski oddział UFO i tym sposobem ukonstytuował się skład 3 wycieczkowiczów: Jarosz, UFO i ja. Na punkt zborny została wyznaczona stacja Opole Główne. Jarosz wykombinował bilet oczywiście prawie okrężny. Nabyliśmy (nie obyło się jak zwykle bez protestów kasjerki na WC) 2 bilety. Pierwszy (dla mnie wycieczkowy) z Warszawy do Żyrardowa, a drugi w odwrotnej relacji tyle że przez Częstochowę, Opole, Chałupki, Rybnik, Katowice, Idzikowice :-)) Pierwotny plan przewidywał, że ja z Jaroszem mieliśmy wylądować w Opolu o 3:24, by 4 minuty później dołączyć do pociągu „kosmicznego" relacji Berlin - Wrocław – Kraków. To jednak nie było nam pisane, bo oto szczekaczka na warszawskim dworcu Warszawa Wschodnia obwieściła zniecierpliwionym podróżnym, że mogą pożegnać się ze swoimi planami, jako że pociąg do Szklarskiej Poręby Górnej podstawi się 20 minut po planowym odjeździe. Mój komentarz na takie dictum acerdum pominę lepiej milczeniem. Nad następnym stekiem przekleństw też nie będę się rozwodził gdy po upływie zapowiadanych 20 minutach szczekaczka wyskrzeczała, że pociąg nasz zwiększy opóźnienie do 30 minut. Koniec końców światła ET22-781 (CM Bydgoszcz) prowadzącej nasz skład pojawiły się 40 minut po zaplanowanym na 22:20 odjeździe. Kolejne 10 minut zabrało oczekiwanie na zielone światło. Dygresja: za taki numer, aby pociąg podstawiać ponad pół godziny PO a nie PRZED odjazdem życzę tej firmie jak najgorzej. PKP SA! Obyś zbankrutowała jak najszybciej! Niech Cię kupi amerykański Wisconsin Central, czy tysiąc innych firm, bylebyś - polska kolejo - działała jak normalne, wolnorynkowe przedsiębiorstwo! Tak czy siak było jasne, że opolską przesiadkę do składu z gościem z innej galaktyki trafił szlag. Na pochwałę zasługuje jedynie mechanik byka, który wyciskał z niego siódme poty aby odrobić jak najwięcej straconego nie wiadomo na co czasu. W Częstochowie opóźnienie wynosiło już tylko 12 minut, co oznaczało, że 16205 przemieścił się w czasie aż o 38 minut. Swoją drogą to niezłe luzy ma ten nowy rozkład, co nie? Już zaczęły rysować się pewne nadzieje na zrealizowanie pierwotnego planu, jednak za świętym miastem zaczęły się jakieś chore ograniczenia prędkości, pociąg tłukł się niesamowicie i ostatecznie do Opola zwiększył opóźnienie do 19 minut. Na peronie czekał już zdegustowany UFO, który 8 minut wcześniej zmuszony był opuścić wygodny niemiecki przedział. Na kibel do Kędzierzyna musieliśmy czekać ponad godzinę. Czas ten postanowiliśmy spożytkować na odwiedzenie opolskiej szopy by night. W sumie nie zrobiła ona na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Spodziewałem się czegoś na kształt starej poniemieckiej hali wachlarzowej z obrotnicą, a tu figa - postpeerelowski blaszak elektrycznego depo. Nieco lepiej wyglądają ceglane zabudowania garażu spalinowego, ale to też nie to samo co Wałbrzych, na przykład. Przed szopą stały bodajże 3 czy 4 rumuny, ale sodowe oświetlenie skutecznie odstraszyło mnie od ich sfotografowania. Zamiast tego cyknąłem sobie z teleobiektywu trupka rumunka 313 stojącego w pół drogi między dworcem a szopą. O godzinie 4:55 załadowaliśmy się do EN57-1774+1703, który ruszył wkrótce z kopyta do Kędzierzyna. Prędkość cokolwiek mnie zaskoczyła - nasze kibello trzęsło się, wyło i piszczało w szaleńczym galopie, a smerfowało to pudełko gdzieś tak 100 km/h. Już mi się zaczęło wydawać, że lada moment szwy sracza puszczą a my sami wylądujemy z głowami w kupię cementu z zakładów w Górażdżach. Na szczęście jednostka okazała się wytrzymalsza od moich nerwów (może dlatego, że była rok młodsza ode mnie) i ostatecznie dotarliśmy w jednym kawałku do Kędzierzyna. Tu mieliśmy 7 minut na przesiadkę, więc nie dane mi było bliższe przyjrzenie się arcyciekawym dwóm nastawniom bramowym. Trzeba będzie przyjechać za dnia na dłużej. Nasz pociąg do Raciborza zaprzężony w EU07-097 złożony był ze zwykłych przedziałówek i jednej bonanzy, co po podróży szczytem możliwości rozwiązań techniczno-estetycznych rodem z Pafawagu byłoby miłą odmianą. Byłoby jeszcze większą gdyby nie towarzystwo dwóch szczerbatych dresików przedział obok wypełniających swój cenny czas darciem ryja i kopaniem wyposażenia wagonu. Na szczęście mieliśmy przewagę liczebną, co odstraszyło lokalny kwiat młodzieży od zapędów do szczegółowego zapoznawania się z naszymi skromnymi osobami. W Raciborzu mieliśmy 11 minut przerwy w podróży, którą do Chałupek kontynuowaliśmy ponownie kibelkiem, EN57-1234. Myślałem, że jazda z Opola do Kędzierzyna w wagonie silnikowym wzbogacająca mnie o znaczne przytępienie słuchu była dziełem przypadku. Tymczasem nie! Okazało się to perfidnie przemyślaną prowokacją Jarosza, który w Raciborzu ujawnił swe sadomasochistyczne upodobania ponownie kierując nas do wagonu dyskoteki :-) W Chałupkach nic ciekawego nie zastaliśmy. Po cichu liczyłem na jakieś loki braci Czechów, ale nic z tego. Okazało się bowiem, że brutta za granicę jeżdżą z bykami. Ku mojej rozpaczy do Rybnika znów sraczysko 980+863. Przed Rybnikiem było już widno, więc miałem pierwszy raz możliwość obejrzenia sobie krajobrazu księżycowego i to nie opuszczając Matki Ziemi. Mam mieszane uczucia - z jednej strony olbrzymie hałdy i wyrobiska z pewnością robią gigantyczne wrażenie swymi rozmiarami. Niektóre są tak zarąbiście wielkie, że wyglądają jak wulkany! No i industrializacja terenu też może przytłoczyć człowieka swym zagęszczeniem i gabarytami zakładów przemysłowych. Z drugiej jednak strony zniszczenie środowiska tym spowodowane woła o pomstę do nieba - wszędzie brud, syf, dżuma, tyfus, cholera. Ale wracajmy do kolei. Na rybnickiej towarówce raczej pustawo - 2 byki i 0 gagarinów to zdecydowanie poniżej moich oczekiwań. Pierwszorzędną sprawą było zasięgniecie języka co do obecności (lub nie) gagarów. Skierowaliśmy się więc do teoretycznie najlepiej poinformowanego pracownika PKP, czyli do dyspozytora lokomotywowni. Dowiedzieliśmy się, że na stanie Rybnika jest 5 ST44, z czego 1 jest niesprawny (782, który stał na dworze przed halą) i oczekuje decyzji, 1 jest wewnątrz hali, a 3 są gdzieś w trasie. WOW! Niedziela i trzy gagarki smerfują po okolicy. Według zeznań bardzo MK pozytywnie nastawionego PeKaPowca jeden miał być w KWK Rydułtowy, kolejny w KWK Anna, a o trzecim słuch zaginął ;-) Jarosz - naczelny ceglarz wycieczki szybko znalazł połączenie do pierwszej z tych kopalń i to z odjazdem już za 20 minut. No to chodu z powrotem na stację! Kilka minut przed 9 wtoczyła się na peron EU07-538 z Bdhpumn-em. No, nareszcie miałem okazję przejechać się Bohunem - zawsze jakoś tak się składało, że nie było mi to dane. Bardzo mi się ten wagon podoba, a zwłaszcza długie kanapy na górze - w sam raz na przejażdżkę w damskim towarzystwie... Jako że tory biegną tuż koło kopalni spodziewaliśmy się ujrzeć cel naszej podróży wprost z okna wagonu. A tu figa - gagarina ni ma. Nasze nadzieje, że może zasłoniły go jakieś węglarki rozwiał nastawniczy z przyzakładowej nastawni. Stwierdził mianowicie, że przeca jest niedziela, kopalnia węgla nie sypie, więc o pobycie gagarina mowy być nie mogło. Na szczęście znów trafiliśmy na MK pozytywnego pracownika. Jak się dowiedział, że przybyliśmy tu aż z Warszawy postanowił ulżyć naszym cierpieniom i szczegółowo dowiedzieć się co i jak jest z tymi gagarinami. W międzyczasie my konwersowaliśmy sobie z drugim kolesiem z nastawni - pomocnikiem gagarinowego majstra (tak się tam mówi na mechanika). Dowiedzieliśmy się od niego, że gag na kopalni pracuje codziennie w dni robocze wyciągając składy aż za pobliski tunel przy stacji. Tak więc Panowie, można tam uskutecznić arcyciekawy pikczer wyjeżdżającego ST44 z tunelu. Okazało się, że przez najbliższą godzinę gagarin będzie stał w KWK Anna. Szkopuł w tym, że kopalnia ta jest w Pszowie. Nie mogąc dotrzeć tam pociągiem zmuszeni byliśmy dojechać autobusem. Takt jest po prostu fascynujący. W niedzielę odstępy po 3 godziny między jednym kursem a drugim nie są niczym niezwykłym... Miasteczko Rydułtowy jest na tyle małe, że nawet taksówki nie dojrzeliśmy. Ale mieliśmy szczęście - po pół godzinie przyjechał autobus. Dzięki uprzejmości jednej starszej pani bez zbędnego kluczenia dotarliśmy na wiadukt nad torami z KWK Anna do Nędzy. Teraz rozwiązanie zagadki zawartej w tytule posta. To właśnie KWK "Anna" jest najgłębiej spenetrowaną kobietą na Górnym Śląsku :-))) - tak przynajmniej śmiał się poznany wkrótce przez nas majster z SM31. Ale po kolei. Trafiliśmy na miejsce akuracik na kilka minut przed odjazdem gagarina. Aż strach pomyśleć co by było gdyby autobus przyjechał 5 minut później, albo gdyby nie pomocna babcia z Pszowa - z wycieczki byłby klops zamiast pełnego sukcesu. W ogóle mieliśmy szczęście do życzliwych nam ludzi - mechanik z odjeżdżającego ST44-1056 na widok trzech zawodników uwieczniających go na kliszy dał do pieca ile fabryka w Ługańsku dała i zakopcił czarnymi spalinami aż miło. Potem pomachaliśmy sobie nawzajem, a on ryknął jeszcze do nas z potężnej trąby. W tym momencie mogłem uznać z czystym sumieniem wyprawę za udaną, choć po porażce w Rydułtowach miałem dość kiepski humor. Tymczasem do kolejnego składu podpięła się SM31-046. My zaś poszliśmy dowiedzieć się do nastawni co też będzie się dalej działo z gagarinem - czy wróci tu jeszcze, czy już zjedzie na szopę w Rybniku? Okazało się, że będzie wracał, ale najpierw wyruszy jego tropem trumna. Koleś poradził żebyśmy poszli do jej majstra, bo być może zgodzi się nas zabrać do Nędzy. Tego nam nie trzeba było dwa razy powtarzać i wkrótce wdrapywaliśmy się z manelami do lokomotywy. I znów przyjaźni ludzie! Gadka-szmatka i młody pomocnik sam zaproponował, że pokaże każdemu z nas po kolei wnętrze maszyny. Że też mu się chciało, aż dziw bierze... Poszedłem na pierwszy ogień. Facet otwierał wszystkie "drzwi" do bebechów trumny po jednej i drugiej stronie loka. Chyba też był jakimś fascynatem, bo rozwodził się nad każdym szczegółem techniki, tak że teraz już znam obiegi wody, powietrza, oleju i paliwa układzie krwionośnym SM31 niczym własną kieszeń hie, hie :-) Potem w podróż poznawczą udał się Dawid, a Michał na końcu. Ledwo co wrócili i dostaliśmy zgodę na wyjazd do Nędzy. Obaj panowie chętnie odpowiadali na nasze pytania, a potem tak się język majstrowi rozwiązał, że nawijał o swej karierze, o wadach i zaletach poszczególnych lokomotyw przez cała drogę. Dzięki temu ponadgodzinna podróż, w większości z zabójczą prędkością 20 km/h, minęła nam dość szybko. W Nędzy czekał na nas gagarin. Obie lokomotywy miały bowiem wrócić razem do Pszowa. Nie mogliśmy niestety jechać całej trasy z powrotem, ale zaliczyliśmy jazdę na gagarinie (z trumna na haku) do Raciborza Markowic. Moment wyruszenia z Nędzy zwłaszcza UFO będzie miłe wspominał, bowiem to jemu przypadło w udziale puszczenie kół w ruch i dojazd do semafora wyjazdowego na szlak. W Raciborzu Markowicach wysiedliśmy z maszyny na peron, a majster ponownie ruszył z kopyta dając nam okazję do uwiecznienia znikającego gagara w kłębach czarnego dymu. Potem poszliśmy do zarekomendowanej nam przez kolejarzy restauracji na obiad. Polecam! Za schaboszczaka z frytkami i sałatką z czerwonej kapusty oraz herbatę zapłaciłem... niecałe 11 zł. Dodajmy do tego niesamowicie miłą obsługę oraz stół bilardowy, przy którym rozegraliśmy dwie kolejki, a otrzymamy knajpę marzenie. Po obiadku zapakowaliśmy się w pół do czwartej do ostatniego tego dnia kibella (o nr 1497) z Chałupek. Niestety, dla UFO było to już za późno aby mógł jechać z nami do Rybnika i chcąc nie chcąc do Wrocka musiał wracać przez Kędzierzyn. Tak więc rozstaliśmy się w Nędzy (pa, pa) i dalszą podróż odbywaliśmy z Jaroszem we dwóch. Jako że w Rybniku mieliśmy ponad godzinę czasu, to znów poszliśmy do lokowni. Przypomniałem się dyspozytorowi i ruszyliśmy na zwiedzanie. Po drodze spotkaliśmy jakiegoś faceta, który zaproponował nam, że zaraz pozapala światła nad halą żeby nam zdjęcia ładnie wyszły. Nie no, tego już było aż nadto!! :-D W ciągu kilku minut zanim lampy osiągnęły pełną moc żarówek szukałem po ciemku mojej kopary ;-) Wewnątrz hali stały sobie ST44-1037 i 1049, ale z braku czasu skoncentrowałem swe fotograficzne zapędy na 782, którego los jest najbardziej niepewny. Pozostałym gaguskom raczej będzie się jeszcze dość dobrze wiodło, bo najgłębiej spenetrowana kobieta na Śląsku będzie wydobywać antracyt co najmniej do 2006 roku. Ostatnim zdjęciem tej niezwykle udanej wycieczki był pikczer przedstawiający szykującą się w trasę ET42-001. Wkrótce usadziliśmy nasze cztery litery w Bohunie podczepionym do EP07-505. Wyjeżdżając z Rybnika do Katowic mignął mi jakiś parowóz na szopie. Zauważyłem tylko Ty42 i "1" w numerze bocznym, ale wszystkich cyfr nie dojrzałem. Kto z Was wie, który to czajnik, hę? Jarosz wkrótce zapadł w drzemkę, a ja trzymałem wartę przy naszych betach czytając 9 numer „ŚK”. W Katowicach ponad godzina czekania na Ex "Praha" (z ceną rynkową), który przybył zgodnie z zapewnieniami Michała z "planowym opóźnieniem" 20 minut. Aha, nie polecam żarcia na dworcu! Hot-dog to po prosu buła, parówa i ketchup plus zero sałatki czy innego wypełniacza. Makabra i to za 3,40 zł :-( Do Warszawy Centralnej dotarliśmy o godzinie 22:20. Po dokładnie 23,5 godzinach jazdy pociągami wszelkiej maści nastąpiło oficjalne zakończenie tej nieziemsko udanej wycieczki. Myślę, że mam pełne prawo użyć UFO'wego zwrotu kończącego relacje jego autorstwa. A zatem: "kto nie był, niech żałuje" :-)

4 komentarze:

  1. Ty42-107 flagowy parowóz rybnickiej szopy, pod parą do 1998 roku
    M.Marchewka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sie wie :) Ale wtedy (styczeń 2002) tego nie wiedziałem, a nie przewiduję znaczących ingerencji do ówcześnie pisanych relacji, upublicznianych teraz - tytułem wyjaśnienia. Ale dzięki Mariuszu za rewolucyjną czujność :))

      Usuń
  2. Siemasz Ociec! Dzięki za linka, miło to sobie przypomnieć po latach. Kojarzyłem kilka szczegółów z tej wycieczki - np. przejazd w kabinie SM31 czy też jazdę jakimś lokalnym autobusem, nocne foty ET42 w Rybniku i oczywiście homofobiczno-seksistowsko-mizoginistyczny motyw przewodni, ale wielu innych detali, np. opóźnienia 16205 na samym początku już nie :)


    OdpowiedzUsuń
  3. No to cieszę się :) Mam jeszcze w zanadrzu kilka nieopublikowanych dotąd relacji, także trzymaj rękę na pulsie!

    OdpowiedzUsuń

Wal śmiało!