25 października 2018

Do Drezna na sonderzuga z dwoma parowozami

Równo rok po podróży szwajcarskim Glacier Expressem, sprezentowanej mi na 40-te urodziny przez moją kochaną Justynkę, zostałem obdarowany przez nią biletem na sonderzuga z Drezna do czeskiej miejscowości wakacyjnej Doksy. Bardzo się ucieszyłem, bo po pierwsze, już na początku 2012 r. snułem plany wyjazdu ze starszym bratem na focenie takiego pociągu. Wówczas jego trasa prowadziła z Cottbus i Drezna do Liberca, ale ostatecznie wybraliśmy się na wąskotorówki w góry Harzu. A po drugie, w ogóle od dłuższego czasu wybieram się (jak sójka za morze…) do stolicy Saksonii. Co roku w kwietniu odbywa się tam Dampfloktreffen - parada lokomotyw parowych, przejazdy pociągami ciągniętymi przez kopciuchy, itd. - i choć za każdym razem chce mi się tam na to pojechać, to jakoś zawsze coś staje na przeszkodzie. Ale teraz mus jechać, bo bilety już zamówione przez moja przedsiębiorczą kobitę :) Podkreślam: zamówione, zarezerwowane. Co nie znaczy, że opłacone z góry. Jak to działa? Zacznijmy od początku. Przejażdżkę tym pociągiem Justyna znalazła w ofercie lokalnego drezdeńskiego biura podróży Rainera Maertensa>>. Co ciekawe, po zarezerwowaniu biletów strona biura nie przenosi od razu do płatności, jak można by się spodziewać. Zamiast tego na adres mailowy przyszedł zaszyfrowany załącznik (hasłem jest podany podczas rezerwacji kod pocztowy) zawierający voucher do wydrukowania i pokazania obsłudze pociągu. I dopiero wówczas, w jadącym już wagonie, płaci się gotówką za wycieczkę. Co to oznacza? Ano to, że zawsze można… nie przyjechać, gdy np. wypadnie jakieś zdarzenie losowe, a pieniążki nie przepadają. Stratny jest jedynie organizator - prężnie działający Lausitzer Dampflok Club (LDC) z Cottbus - bo miejsce w wagonie pozostaje puste. A nie są to małe kwoty, bo jeden bilecik kosztuje 89 euro (przy obecnym kursie wymiany ok. 4,3 to ponad 380 zł). Dodatkowo Justyna skusiła się na jedną z oferowanych wycieczek podczas 5-godzinnego postoju pociągu w Doksy, co podbiło cenę do 104 euro (447 zł) za osobę. Na kilka dni przed odjazdem przyszedł kolejny mail ze skróconym rozkładem jazdy, z którego wynikało, że z dworca Dresden-Neustadt sonderzug o swojskiej nazwie “Marian” odjedzie o godzinie 7:50 (przyjazd z Cottbus 7:17). Aha, oczywiście już z vouchera wiadomo, do którego wagonu wsiąść - fajne jest to, że wagony nie są ponumerowane (numer łatwo zapomnieć), lecz nadane mają imiona męskie i żeńskie (co nie tak łatwo zapomnieć). Nasz wagon nazywał się Helmut, a miejsca mieliśmy nr 21 i 23. No to co? Jedziemy! Wyjechaliśmy z Warszawy samochodem już w piątek rano, tak by do Drezna zajechać popołudniem, bez nerwacji zameldować się w hotelu a wieczorem iść jeszcze do Semperopery na balet “La Bayadère”. Nooo, nie powiem - robi wrażenie gmach opery, zwłaszcza bogatym wystrojem wnętrz. Nie żałowało komunistyczne państwo na marmury, chociaż późno zabrano się za podniesienie jej z ruin (lata 1977-85 dopiero!) po słynnym niszczycielskim nalocie aliantów z końca II WŚ. Hotel, w którym zatrzymaliśmy się na dwie doby, też mogę polecić z czystym sumieniem. Zwłaszcza, że znajduje się około 2 km od dworca Neustadt. Quality Hotel Plaza Dresden to duży obiekt 4-gwiazdkowy, bardzo wygodny, czyściutko, cicho, dobrze skomunikowany z centrum miasta tramwajami (linie 7 i 8), z własnym parkingiem (dodatkowo płatny 7 euro za dobę, ale płatność za samochód to norma w niemieckich hotelach). Nie jest tani, bo za nocleg ad hoc w pokoju 1-osobowym trzeba zapłacić 85 euro (2-osobowy za 92 euro), lecz gdy się rezerwuje z dużym wyprzedzeniem to cena spada do poziomów atrakcyjnych. Nas dwójka wyniosła “tylko” 55 euro, a więc bardzo spoko :) Za tyle to i w Polsce trzeba by się ostro naszukać pokoju w podobnym standardzie. O śniadaniu się nie wypowiem, bośmy go nie kupowali jako że w sobotę musieliśmy wyjść na dworzec ok. 6:30, a więc zanim w ogóle można było udać się na poranny posiłek. Wszamaliśmy w pokoju to co się przywiozło ze sobą i ruszyliśmy do pociągu. W internetowych przewodnikach po Dreźnie dzielnica Neustadt jest polecana jako kłębowisko artystów, centrum saksońskiej alternatywnej kultury i sztuki. Widać jestem już stary ramol, bo mnie w oczy rzucała się przede wszystkim alternatywna czystość ulic i elewacji mijanych domów, brrr… :( Maszerujemy Königsbrücker Straße raźnym krokiem, bo ani tu za pięknie, ani nazbyt ciepło. Po jakichś 15 minutach skręcamy w prawo w Antonstraße i wkrótce naszym oczom wyłania się gmach dworca Neustadt. Ładny, monumentalny, od razu widać, że nad peronami rozpina się potężna stalowa hala. To lubię! Wiadomo, że jest się na dworcu co się zowie, a nie w paskudnym przerośniętym pawilonie bazarowym jak na Centralnym w Warszawie. Dwa minusy jednak, jakie niestety od razu rzucają się w oczy to czarna od brudu elewacja dworca - ale to przypadłość WSZYSTKICH bardziej znanych budowli Drezna - opery, pałacu Zwinger, kościołów, ogólnie - zabytków. Oraz żółta nazwa dworca podświetlana w nocy - pasuje doń ni w dupę, ni w oko… Na dworcu kupujemy kanapki na dalszą część dnia i ruszamy szukać peronu, na który podstawi się nasz pociąg. Na tablicy odjazdów wiszącej nad tunelem prowadzącym z hali dworcowej na perony go nie ujęto, lecz zauważam niemieckich mikoli (aparaty, obłęd w oczach…) i rzucam do Justyny “idziemy za nimi, oni na pewno wiedzą więcej niż my” :)) I rzeczywiście, wiedzieli! Po wyjściu z przejścia podziemnego oczom naszym ukazała się tablica nad peronem z wyświetloną już na niej zapowiedzią przyjazdu sonderzuga. Poza tym spory tłumek ludków z aparatami i kamerami potwierdzał, że ani chybi to tu właśnie wjedzie skład z Cottbus. Idziemy na początek peronu od strony spodziewanego wjazdu pociągu, czyli od dworca głównego. Po kilku minutach dobiega z oddali charakterystyczny dla niemieckich parowozów basowy ryk gwizdawki, niczym transatlantyku wpływającego do portu w Nowym Jorku po rejsie przez ocean ;-) Dobra, jedzie, trzeba się przygotować do strzelenia fotki. Nie ma lekko, wszędzie słupoza, lecz coś tam ostatecznie wynajduję. Ale co to? Zamiast jednego parowozu z wagonami wjeżdżają dwa kopciuchy 50 3648 + 35 1097 z jednym krytym wagonem towarowym. I to gdzieś w cholerę daleko od nas, na zupełnie skrajny tor. Coś tam pstryknąłem, ale bardziej pro forma… Właśnie, teraz dopiero uświadamiam sobie, że przecież powinien gdzieś tu w okolicy już być jeden parowóz - ten, który miał być dołączony w Dreźnie do tego, co powinien przytargać wagony z Cottbus. A go nie ma przecież! Za to teraz są od razu dwa, natomiast brak wagonów. Tak więc za niedługo powinny się one pojawić przyciągnięte przez coś jeszcze innego. Przyznam, że zabrakło mi wyobraźni, jakim konkretnie pojazdem mogłoby być to “coś jeszcze innego”... Przyzwyczajony do polskiej mizerii trakcyjnej uznałem chyba podświadomie, że przyjedzie pierwszy lepszy wolny akurat elektrowóz. Błąd! Nie wziąłem pod uwagę niemieckiego zamiłowania do dbałości o “historyczność” pociągu. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy będąc w połowie peronu (szedłem akurat na przeciwległy kraniec, by ustawić się do zdjęć parowozów mających wkrótce podstawiać się do wagonów, których wjazdu spodziewałem się lada moment) zauważyłem, że zamiast byle elektrowozu skład sonderzuga z Cottbus wprowadza w perony… nie mniej historyczny od kopciuchów spalinowóz serii 118, ksywa “Dicke”, czyli Gruby. Ależ niespodzianka!! Podczas ustalania trasy przejazdu samochodem do Drezna szukałem w internecie, gdzie by tu zajechać aby zobaczyć jakąś 118-tkę, ale dałem spokój, bo okazało się, że najbliższa jest w miejscowości Pirna, 30 km na południowy wschód od Drezna. Stoi tam nieczynny egzemplarz przy siedzibie oddziału znanej też w Polsce firmy przewozowej ITL. Niby niedaleko i w sumie można by nadłożyć drogi, ale podejrzewałem, że trzeba będzie raczej spieszyć się do Drezna na wieczorne przedstawienie. Ponadto pomalowany jest na seledynowo-kremowo, a ten schemat malowania w ogóle mi się nie podoba. Tak więc odpuściłem go sobie. A tu proszę - przyjechał "Grubasek" 118 770 jak na zawołanie i to jeszcze w najlepszym możliwym, klasycznym malowaniu DR :) W moim prywatnym rankingu loków jest to numer 2, tuż-tuż za gagarinem. Żeby było śmieszniej, wielbię go znacząco bardziej niż nasze Fiaty, Suki itd., chociaż… nigdy go wcześniej na żywo nie widziałem. Ma to jednak swoje głębokie korzenie w mym dzieciństwie i kolejce PIKO, którą uwielbiałem się bawić pod czujnym okiem brata Roberta. A właśnie głównym środkiem trakcyjnym zapewniającym przemieszczanie się wagonów na torach rozkładanych na dywanie w dużym pokoju na Gocławiu, był model 118-tki. Później dostałem na gwiazdkę model parowozu serii 52 (na PKP - Ty2) z tendrem kondensacyjnym, ale nie “grzał” mnie aż tak bardzo jak ta czerwono-kremowa spalinówka. To była moja absolutna faworyta z całego parku maszyn, jakim dysponowaliśmy z bratem. Eksploatowaliśmy ją ostro, aż skończyło się śmiercią technologiczną silniczka. Pod koniec żywota lokomotywa nie miała już sił ciągnąć choćby kilku wagoników, jedynie stała i świeciły jej się trzy światła. Ale nadal prezentowała się pięknie! Uwielbiam ją i spoglądam sobie na ten model przynajmniej kilka razy dziennie, bo stoi na półce tuż nad komputerem. Także w tej chwili, gdy to piszę :) Jej numer boczny to 118 142-9, a naklejony przydział do macierzystej jednostki to - nie uwierzycie - Drezno! No a ja tu właśnie jestem i focę wjeżdżającego w perony IDENTYCZNIE POMALOWANEGO protoplastę tego mojego modelu! Mało nie dostałem zawału ;-) Przyznam bez kozery, że ten moment był jednym z najważniejszych w moim “kolejowym życiu”. Obserwująca mnie z boku Justyna stwierdziła potem ze śmiechem, że miałem obłęd w oczach… A ja nie miewam takich stanów ducha raczej! Oczywiście miejsce, w którym popełniłem pierwsze zdjęcia - z racji kiepskich warunków oświetleniowych - nie mogły mnie zadowolić, toteż czym prędzej przemieściłem się biegiem przed czoło pociągu zatrzymanego już poza halą dworcową zacieniającą perony. No i tu dopiero w pięknym porannym, jeszcze nisko wiszącym, słoneczku pofociłem sobie przepięknego “Grubaska”. Bardzo miło, że postał kilka minut z pociągiem pozując do zdjęć, a nie został błyskawicznie odpięty - jak by to miało miejsce w Polsce, żeby kulejorze mieli radochę z widoku tratującego się tłumku miłośników chcących zrobić możliwie najlepszą fotkę w tym ułamku chwili danym im przez łaskawców spod znaku PeKaPe… Gdy już się wszyscy nasycili i przed czołem loka ludzie zaczęli się przerzedzać, został odpięty od składu i odjechał, aby zrobić miejsce parowozom. Te jednak, zanim mogły podjechać, musiały poczekać na odjazd InterCity 2046 do Köln (Kolonii), który stanął w międzyczasie przy drugiej krawędzi tego samego peronu co sonderzug. Piętrowego push-pull’a ciągnął elektrowóz 146 564, należący do bardzo licznej rodziny Traxx-ów produkcji Bombardiera. I gdy on sobie odjeżdżał, to znów w stronę focistów zaczął zbliżać się Gruby, tylko innym już torem. W ogóle kręcił się po torach stacyjnych pozornie bez celu, jak Żyd po pustym sklepie he he, zmieniał kierunki jazdy za każdym razem oddalając się coraz bardziej “w bok” od peronu, na który przyprowadził sonderzuga. Ale podobało mi się, że cały czas paliły mu się wszystkie światła na obydwu czołach niezależnie od kierunku jazdy. Dzięki temu na zdjęciach wygląda jakby jechał do przodu, nawet gdy akurat oddalał się od wycelowanych weń aparatów. No dobra, w końcu krótkim gwizdnięciem parowozy przywołały gawiedź do pionu, dając sygnał że teraz to one przejmują rolę gwiazd tego poranka. Syknęła para, czarne smoki na krótko zniknęły w białej chmurze i odjechały na zwrotnicę. Po chwili zaczęły zbliżać się tyłem do naszego składu. Ja sobie tak wybrałem stanowisko żeby po zatrzymaniu się ich, mieć czoło pierwszego parowozu mniej więcej trochę przed sobą. Troszkę jednak nie doszacowałem długość dwóch lokomotyw i jeszcze wagonu towarowego, w efekcie czego prowadzący parowóz zatrzymał się dymnicą i ślepiami dokładnie przy mnie. Toteż musiałem się ździebko oddalić. Znów jednak nie było potrzeby spieszenia się na wariata ze zdjęciami, każdy miał czas żeby poczekać aż tłumek się rozluźni. Co warte podkreślenia, nikt z Niemców nie wpadł na pomysł - co jest nagminne w Polsce, a co doprowadza mnie do szewskiej pasji - żeby... pakować dzieci na przedni pomost parowozu celem zrobienia beznadziejnego zdjęcia wystraszonemu Alankowi Paździochowi czy innej tam bliskiej płaczu Dżesice z Koziej Wólki. I wszyscy muszą “podziwiać” tę latorośl, przypadkowy owoc przelotnego zakrapianego uniesienia między dresiarzem a blacharą… Tymczasem tu nikt nawet nie ustawił bachora obok parowozu, bo wszyscy ludzie dookoła znaleźli się tu dla zdjęć parowozów, a nie zdjęć dzieciarów przy parowozach. Kultura, ordnung, a nie wieś i sobiepaństwo, i tyle w temacie… Dobra, jako że pomału zbliża się godzina planowego odjazdu trzeba by w końcu znaleźć swój wagon. Przemieszczamy się ku tyłowi pociągu. Najpierw mijamy cztery wagony 1. klasy, potem jeden 2. klasy, za którym znajdował się czerwony wagon restauracyjny, potem znowu cztery wagony 2. Klasy (nasz Helmut był trzecim w kolejności), dalej kolejny czerwony wagon - tym razem barowy (po ichniemu Imbisswagen) i na samym końcu ponownie wagon 2. klasy. W sumie skład liczył więc 12 pudeł + towarowy zaraz za tandemem lokomotyw. Jedynki były przedziałówkami, zaś dwójki - bezprzedziałówkami. Ich wiek oceniłbym okiem laika na lata 70. (na wagonach raczej się nie wyznaję, nie jestem jakimś wagonowym geekiem, który po kształcie framug rozpozna producenta i rok budowy, a są tacy ha ha!!). W każdym razie siedziało nam się o wiele wygodniej niż w naszych bonanzach. Te ichnie wagony są po prostu lepiej wykonane, zrobione z lepszych materiałów. Na przykład, miękkie siedzenia obite były jakimś materiałem ni to plusz, ni to welur, ale takim trochę jakby barankiem. Miłe to to w dotyku :) Aha, no i czyste, żadnych plam. Wyglądało mi na o wiele nowsze niż cała reszta wagonu. Półki na bagaż znajdowały się nad głowami pasażerów, nad kanapami (jak w Bipach), a nie wzdłuż ścian bocznych wagonów. Okienka uchylne też jak w Bipach na “parterze”, czyli otwierające się pod kątem 45 stopni, a żeby szybkę otworzyć całkowicie trzeba odciągnąć skobelek na sprężynce (fotka wnętrza na końcu relacji). No ale dość o wnętrzu wagonu, bo od czoła pociągu rozlega się głęboki ryk syreny Titanica. Sekundkę później identycznym gwizdem odpowiada drugi parowóz. Wszystko gotowe do drogi, a zatem ruszamy! Całe szczęście mamy siedzenia przodem do kierunku jazdy, uff co za ulga :) Oczywiście otwieram część okna na oścież żeby jeszcze na odchodne (odjezdne...?) zafocić mijanego “Grubego”, no i posłuchać rozpędzających się parowozów. Ale zaraz jakaś Niemra zwraca się z prośbą żeby zamknąć okno, bo jej zimno. Nosz kurde mol! Musiała się trafić jakaś niedoruchana, choć wcale jeszcze młoda (ale jak to Niemry - nie za ładna), franca… Wiadomo, wrześniowe poranki nie należą do gorących, ale chyba po to się kupuje bilet na pociąg z parowozem żeby poczuć zapach dymu, posłuchać miarowego rytmu pracy itd. A nie siedzieć w szczelnie zapuszkowanym wagonie, trząść się z zimna i słuchać co najwyżej stukotu kół wagonu. Trzeba się było wybrać w podróż szynobusem, Fräulein! Początkowo nasza trasa prowadzi na północny wschód, ale zaraz za przystankiem Dresden-Klotzsche skręcamy na wschód i kończy się linia zelektryfikowana (super!). Z lekka mnie to zresztą dziwi, no bo kurcze linia 6212 prowadzi dalej do niemałych w końcu miast jak np. Bautzen, czy Görlitz, znanych każdemu polskiemu miłośnikowi z racji produkowanych tam wagonów dla PKP. U nas do znacznie mniejszych miejscowości można dojechać pod drutem, np. Ćmielów (ok. 3 tys. mieszkańców; Bautzen - 40 tys.). W granicznym Görlitz/Zgorzelcu wprawdzie byłem 1 maja 2004 r., w dniu wejścia Polski do Unii Europejskiej i druta po niemieckiej stronie nie było, ale spodziewałem się, że później Niemcy swój odcinek zelektryfikują. Myślę tu w kontekście grubych miliardów wpompowanych w modernizację zachodniego odcinka E30, a pójdą jeszcze na to kolejne walizy gotówki, bo już w 2019 r. odcinek Węgliniec - Zgorzelec ma zostać zelektryfikowany. Z 70 mln zł, na jakie opiewa kosztorys, 85% ma dać Unia z programu „Łącząc Europę”. Pozostaje mieć nadzieję, że zachodni sąsiedzi też zelektryfikują swoją linię, bo inaczej cała zabawa po naszej stronie jest pozbawiona sensu. Nie ma między Węglińcem i Zgorzelcem takich potoków podróżnych żeby ładować kasę w wieszanie trakcji. To ma sens wyłącznie dla ruchu towarowego, szczególnie że E30 należy do Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T (drugą i ostatnią taką linią w Polsce na ciągu wschód-zachód jest E20). Pożyjemy-zobaczymy, ale znając życie skończy się na pięknie brzmiących unijnych programach… Jestem raczej w tej kwestii pesymistą, tym bardziej że w pewnym oddaleniu od tej linii przebiega autostrada A4. Tymczasem na naszej trasie mijamy pierwszą większą miejscowość - Radeberg, znaną z cenionego w całych Niemczech oraz poza granicami, piwa Radeberger. W tym miejscu może słówko o naszym bezpośrednim, siedzącym vis a vis, towarzyszu podróży. Był nim mocno leciwy dziadek, nieodzywający się - poza grzecznościowym przywitaniem - przez całą drogę. Tylko sobie siedział, jechał i patrzył za okno. Drugie miejsce obok niego było wolne, ktoś nie dotarł, mimo że było sprzedane. To akurat wiem od obsługi pociągu, która pojawiła się po kilkunastu kilometrach sprawdzić bilety (praktycznie wszyscy mieli już opłacone) bądź, jak w naszym przypadku, skasować hajs za przejazd. Wszystko mieli ładnie odnotowane: kto, co, gdzie i za ile - typowo niemiecki porządek w papierach. Każdy dostał ulotkę o naszym pociągu zawierającą historię lokomotyw go prowadzących, o liniach po których będziemy jechać, no i najważniejsze - rozkład jazdy zawierający informacje takie jak np., gdzie będziemy się krzyżować z planowymi pociągami, a gdzie będzie dobierana woda do parowozów. Dodam jeszcze, że na każdym stoliczku leżała osobna rozpiska z menu serwowanym w wagonach restauracyjnym i barowym. Wszystko w bardzo przystępnych cenach, a nie - jak można by sądzić: mega drogo, no bo - uwaga, włączam polskie “myślenie”: jak będą głodni to kupią wszystko za każde pieniądze. Otóż nie, bo najdroższe danie ciepłe za całe 4 euro (sic!) to było Brühlpolnishe mit Kartoffelsalad :)) Niestety, tłumacz google nie zna słowa “brühl”... Ktoś wie, co to znaczy? Kawa, herbata po 1 euro, piwo 2 euro (taniej niż w sklepie!), kielon schnapsa 2,5 euro. Naprawdę, ostatniej koszuli z człowieka nie zdzierali! Byłem w lekkim szoku… Widać uznali, że skoro już ktoś wyskoczył z grubej kasy na bilet to niech już ma aprowizację za pół darmo. I to jest słuszna ta koncepcja, pozostaje taka postawa we wdzięcznej pamięci. A nie że “bilet drogi jak za zboże, a do tego jeszcze kiełbasa za 20 zeta, no do czego to podobne… Pierdolę, więcej z nimi nie jadę, niech se tę kiełbachę wezmą i wsadzą!”. Po drugiej stronie korytarza i po przekątnej rozsiadły się dwa małżeństwa, widać że dobrzy znajomi albo wręcz rodzina. Jeden z mężczyzn był… hmm, jak by to poprawnie politycznie ująć… otyły mocno bardzo ;-) Dobra, był pierdolonym grubasem! Przyciągał mój wzrok co rusz mocą jakiejś dziwnej grawitacji wytwarzanej przez swoją masę. Wkrótce przestałem się dziwić, że tak mu się spuchło. Jakieś pół godzinki po odjeździe pochłonął pierwsze piwo, później praktycznie bez większych przerw nic tylko pił i zakąszał jak nie kanapkami to kabanosami. A po każdym browarze walił jeszcze jakieś mocniejsze alko z takich małych brązowych buteleczek, dosłownie na jeden łyk. Utrwalacz :) Co ciekawe, do samego końca wycieczki - że wybiegnę nieco naprzód, ale już nie będę doń później wracał - nie urżnął się. Ba, w ogóle nie było po nim widać, że wytrąbił dobrze ponad 10 puszek. No, ale jak się ma żołądek wielkości wiadra, to co się dziwić… Zresztą, w ogóle Niemcy bardzo dużo spożywali piwka. Ludzie z obsługi pociągu co jakiś czas przechodzili ze skrzynkami złocistego trunku aby uzupełnić zapasy w wagonie barowym, więc było widać jak piwko ładnie “schodzi”. Jak sobie spacerowałem po wagonach to widziałem, że praktycznie na każdym stoliczku przyokiennym stała butelczyna zupki chmielowej, albo kilka. Lecz - co godne wyraźnego podkreślenia - NIKT się nie narąbał, nikt się nie awanturował, nikt nawet głosu nie podniósł, nikt się głośno nie śmiał. Po prostu, inna kultura picia niż w Polsce. Jak to się mówi: “bo pić to trzeba umić”. I Niemcy “umią” ;-) Ja akurat nie chciałem spożywać, przynajmniej w drodze do Doksy, w obawie żeby mnie sen nie zmorzył, co było wielce prawdopodobne wziąwszy pod uwagę wczesną porę pobudki i usypiające kołysanie wagonu połączone ze stukotem kół na łączeniach szyn. Można walnąć w kimę i bez piwnego wspomagacza. A nie po to tu przecież przybyłem. Tymczasem zbliżamy się do pierwszego teoretycznie 12-minutowego postoju w Arnsdorf. Chyba mieliśmy małe opóźnienie, bo staliśmy znacznie krócej, po czym ruszamy dalej. Kawałek dalej, na stacji Bischofswerda odbijamy na południowy wschód na jednotorową linię 6217. To króciutka linia, raptem 9,5-km, kończy się w Neukirch (Lausitz) West. Tam też wjeżdżamy linię nr 6216 (Bautzen - Bad Schandau), którą jedziemy do Wilthen. Tu zaliczamy pół godzinki planowego postoju. Przed dojechaniem do stacji z głośników pokładowego interkomu rozlega się komunikat, żeby z wagonów nie mieszczących się w peronie nie wysiadać w pole tylko przejść wagonami ku przodowi pociągu i dopiero wysiąść na peron. W ogóle wodzirej z mikrofonem odzywał się dość często (początkowo wręcz zbyt często, na szczęście później mu przeszło), przy czym warto zaznaczyć, że dźwięk głosu był czyściutki, nie jakieś niezrozumiałe skrzeczenie starego, zdezelowanego głośnika. Niemniej rozumiałem piąte przez dziesiąte, tyle co tam 20 lat wcześniej uczyłem się niemieckiego na studiach. Na szczęście Justynka uczy się na bieżąco języka naszych zachodnich sąsiadów, więc miałem tłumaczkę pod bokiem :) Czekając na krzyżowanie z szynobusem każdy oczywiście zmierza ku parowozom poobcować z bliska z tymi żywymi maszynami. Drużyna pierwszej przezornie zatrzymała furę za peronem, dzięki czemu uniknęła mikolskiej nawałnicy. Obsada drugiej lokomotywy 35 1097 musiała natomiast dzielnie znosić masowe fotografowanie. Ale widać było, że są przyzwyczajeni i nic sobie nie robili z tłumu gapiów - najzwyczajniej w świecie szamali kanapki z wurstem :)) Młode chłopaki to były, tak swoją drogą, co optymistycznie nastraja na przyszłość - w sensie że chcą się ubrudzić, umordować, że sprawia to im frajdę :) Jeden zapewne robił za palacza, a drugi za pomocnika. Mechanika widać było tyle o ile we wnętrzu budki, ale dało się dostrzec że jegomość był dużo starszy od szkolącej się młodzieży. Zwróciła też moją uwagę tabliczka firmowa umieszczona na silniku parowym, a nie jak ma to miejsce na polskich parowozach - wysoko, nad walczakiem, na zbieralniku pary przeważnie. Tabliczka mówi do mnie, że ów parowóz został zbudowany w fabryce Lokomotivbau Karl Marx Babelsberg. Babelsberg to największa dzielnica Poczdamu, miasta w Brandenburgii wchodzącego w skład obszaru metropolitalnego Berlina. Jako ciekawostkę dodam, że w Babelsbergu znajduje się też najstarsze na świecie studio filmowe! Wracając zaś do parowozu przedstawiciela serii 35, mały rys historyczny: pierwotnie była to seria 23.10, całkowicie powojenna konstrukcja. Przenumerowanie na serię 35 nastąpiło w 1970 r. W latach 1955-59 wyprodukowano w NRD 113 tych maszyn przeznaczonych do prowadzenia lekkich i o średnim ciężarze pociągów ekspresowych. Nasz egzemplarz opuścił bramę fabryki w 1959 r., a więc mniej więcej w tym samym okresie, gdy w PRL-u kończono produkować parowozy. Ostatni przedstawiciele masowej serii Ty51 wchodzili do służby w 1958 r., później zdarzały się już tylko jakieś pojedyncze maszyny w rodzaju Ok55. Inna tabliczka na parowozie zdradza jego obecny przydział. To Glauchau - to samo co w przypadku “Grubego” pozostawionego w Dreźnie. Z kolei znajdującą się na czele pociągu lokomotywą 50 3648 opiekuje się Sächsische Eisenbahnmuseum e.V. Chemnitz-Hilbersdorf. Chemnitz to miasto położone pomiędzy Glauchau a Dreznem. Zapewne więc było tak, że “Dicke”i BR35 ruszyły dzień wcześniej, zgarnęły po drodze BR50 i takie trio dotarło do Drezna. Stąd spalinowóz pojechał po wagony do Cottbus i z nimi wrócił, by na dworcu Neustadt ustąpić miejsca dwóm połączonym parowozom. Tymczasem zbliża się godzina odjazdu, ludzie pomału wracają do wagonów. Takoż i ja czynię, przy okazji mam sposobność pooglądać współuczestników wychylających się z okien. Pierwsze wagony od czoła pociągu okupowała silna “sekcja narciarska”, jak od razu ochrzciłem kolesi w grubych czapach z pomponami i... goglach. To ci, dla których cała zabawa to wiszenie za oknem i oglądanie parowozów LIVE gnających torem przez łąki i pola. Przyznać muszę, że takie przygotowanie do jazdy pociągiem niczym na szusowanie po stoku narciarskim nie jest nawet głupie, choć na takie cokolwiek wygląda. Kilka razy musiałem wypłakać sadzę z oczu, a to nic przyjemnego. Z kolei gruba wełniana czapa zabezpiecza zatoki czołowe przed zaziębieniem, co jest jeszcze bardziej nieprzyjemne. Na szczęście miałem zwykłą czapkę z daszkiem i bluzę z grubym kapturem, więc jak nachodziła mnie ochota na wiszenie z głową za oknem to opatulałem się czym tylko mogłem. Z Wilthen jedziemy na południe i południowy-wschód linią nr 6215 (Oberoderwitz - Wilthen). Ciekawostką jest to, że przebiega ona kawalątkiem przez terytorium Czech (dokładniutko 1 km toru), które wrzynają się, nie wiedzieć czemu, takim jakby kutasem ;-) w Niemcy. Bez sensu zupełnie wytyczono tu granicę! Ciekawe, jakie to miało reperkusje w czasach gdy na granicach były kontrole, i to ostre trzepanie, a nie jakieś tam pseudo bratnie mizianie się. Pewno jechali pogranicznicy i pilnowali żeby nie wyrzucać kontrabandy z wagonów, coś jak u nas z linią Zittau-Liberec zahaczająca ledwo-ledwo o Polskę. W dzisiejszych czasach oczywiście nawet nie zauważyłem, że przez kilometr jechałem w innym państwie, obczaiłem ten fakt dopiero przygotowując się do pisania niniejszej relacji. Granicę niemiecko-czeską przekraczamy na dobre niewiele dalej, na stacji granicznej Ebersbach. Według rozpiski nie mieliśmy tu postoju, niemniej jednak kilka minut postaliśmy. Na peron wysiedli tylko ludzie w pomarańczowych kamizelkach w obsługi pociągu pilnujący, by pasażerowie nie rozleźli się po peronach. Krótki postój techniczny, żadna sensacja. Przy sąsiednim peronie, tym bliżej dużego budynku dworca, stały złączone dwa szynobusy małego lokalnego przewoźnika Trilex, obsługującego krótkie połączenia między Czechami a Saksonią. Co zaś się tyczy samego dworca to wyglądał dość dobrze, ale widać że pamiętał lepsze czasy. Jest zdecydowanie za duży, sprawiał wrażenie, że 90% kubatury jest mu zbędne. W miarę zadbany, ale też od ostatniego remontu minęło już wiele lat. To zresztą można powiedzieć o praktycznie wszystkich mijanych stacjach - lekko zapuszczone, widać od razu że dotychczas jechaliśmy przez tereny byłego NRD, a nie RFN. Ruszamy szybko dalej. Po wjechaniu do Czech wcale nie jest lepiej. Czuję się trochę jak Polsce B. Niedługo po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się w leśnym wąwozie na wodowanie (ciekawe, czemu nie jeszcze w Niemczech? Co, w Czechach woda tańsza?), ujętym w rozkładzie jazdy, co ma potrwać pół godziny. Miejsce na taką akcję lekko zdumiewające, nieprawdaż? Choć z punktu widzenia organizatora samo ukształtowanie terenu zniechęca pasażerów do rozłażenia się po okolicy. Pofocić i tak się nie za bardzo da, więc po co w ogóle wychodzić z wagonów? Ludzie więc siedzą na tyłkach i nudzą się. Albo pałaszują parówki z wody serwowane w wagonie barowym jako późne śniadania :) Dobra, w końcu parowozy porozumiewają się za pomocą syren - znak, że lada moment ruszamy. Mijamy machających nam strażaków, którzy zaopatrzyli lokomotywy w wodę i kilka minut później wjeżdżamy na stację Rumburk. Miał tu być 7-minutowy postój, ale go nie ma, bo jesteśmy trochę spóźnieni. Mijamy na biegu stację oraz szynobusy DB i CD, czekające na możliwość kontynuowania jazdy. Jedna z kolejnych mijanych stacyjek - Svor - zwraca moją uwagę swojsko wyglądającym budynkiem dworca. Ma on w swojej architekturze coś z naszych dworców np. z linii Skierniewice - Łuków. Wspólnym mianownikiem wydaje mi się najbardziej konstrukcja dachu. Ale i sama bryła nosi znamiona podobieństwa, chociaż ten mijany akurat jest większy i ma jakąś taką przeszkloną przybudówkę a'la... oranżeria. Na peronie stał dyżurny ruchu w pełnym umundurowaniu, czerwonej czapce i z lizakiem pod pachą - bardzo fajny widok. Oraz dwoje turystów pozdrawiających pasażerów pociągu. Szkoda że tu się nie zatrzymaliśmy... Na krótko natomiast przystajemy (tak jak miało być) na stacji Česká Lípa. Wyróżnia się od wcześniej mijanych tym, że ma dwa dworce - stary i nowiutki, modułowy vel. systemowy, coś a’la Nasielsk czy Ciechanów. Nawet ładny, architektura jego jest cokolwiek śmielsza niż jego polskich odpowiedników. Od granicy kierujemy się ogólnie na południe, ale linia silnie meandruje, ponieważ jedziemy przez teren pagórkowaty. Daje to możliwość wygodnego podziwiania parowozów, które co rusz pokazują swoje boczki wchodząc w łuki. Ale zdjęć jakichś przełomowych nie nacykałem, bo przez Czechy jedziemy już pod przeważnie zachmurzonym niebem. Miłośników fotografujących i filmujących pociąg widzi się sporo. Można będzie później pooglądać na czyimś filmie swoją mordeczkę wystawioną za okno wagonu :) Z około półgodzinnym opóźnieniem docieramy do celu - Doksy. Stacja wyróżnia się spośród innych, mijanych po drodze. Jest ładniejsza, bardziej zadbana. Ma taki “kurortowy charakter”, który nadaje jej drewniana wiata stanowiąca integralną część budynku dworca, pod którą ustawione są kawiarniane stoliczki. Całości dopełniają kwietniki zawieszone na słupkach (też drewnianych) podtrzymujących ten daszek przy wyjściu na peron 1. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu są jednak przymocowane do konstrukcji dachu brzydkie, toporem ciosane ze zwykłych rurek wsporniki lamp oraz oprawy lamp oświetleniowych. Takie najzwyklejsze oprawy latarń nie pierwszej świeżości, jak w PRL-u. Bleee… Nad stacją rozpięta jest kładka dla pieszych idących z miasta nad jezioro tudzież w przeciwną stronę. Już tam się oczywiście sporo focistów rozstawiło, goniących uprzednio skład. Natomiast większość ludzi z pociągu (dopiero teraz widać jakie tłumy tej stonki wysypały się z wagonów!) pstryka fotki parowozom z poziomu peronu. Gdy już się wagony wypróżniły ;) z podróżnych, dano sygnał do cofnięcia składu. Chodziło o to, by wprowadzić go na czas postoju na bardziej boczny tor, tak aby nie blokować krawędzi peronowej. Bo tam się odbywa normalny ruch pociągów regionalnych. Wyczułem pismo nosem i przemieściłem się szybciutko na ową kładkę, gdzie jeszcze było sporo miejsca (ale szybko topniały w miarę napływania pstrykaczy z dołu). Po chwili lokomotywy pomału wjechały na boczny tor, co udokumentowały skwapliwie setki aparatów i smartfonów ;) I na tym widowisko się skończyło. Można było zacząć myśleć o drugim punkcie programu - wycieczce. Schodząc z kładki zauważyłem stojący nieopodal, ale nie przy samym podjeździe pod dworzec autobus “Ogórek”. Ani chybi to nasz pojazd, który zawiezie nas do zamku. Idziemy więc doń. “Ogórek” okazuje się oczywiście nie Jelczem, lecz oryginałem - Skodą. Albowiem “ogórki” z Jelcza produkowano na licencji Skody właśnie z nadwoziem firmy Karosa, to tak gdyby kto nie wiedział. Nasza Skoda nawet miała znaczek Karosy, ale trochę ułamany. W środku autobus oczywiście też zachowany w historycznym kształcie. Moją uwagę zwróciło kilka proporczyków pod sufitem tańczących w rytm chybotania jadącego (bo w międzyczasie tej opowieści ruszyliśmy już) woza ;) Otóż na jednym z nich znajdowało się logo… Facebooka, a napis reklamował profil “Za volantem autobusu”. Czyli w miarę nowy proporczyk (czy u nas ktoś takie rzeczy jeszcze w ogóle wytwarza??), ale nie tak znowu bardzo nowy, bo tego profilu coś nie udaje mi się wyszukać, pewnie już zlikwidowany. W każdym razie do podnóża zamku jechaliśmy coś koło 15 minut. Dobrze że nie dłużej, bo bym chyba choroby morskiej wkrótce mógł dostać od tego bujania na miękkich resorach. O wycieczce na zamek, czyli Hrad Bezděz, jakoś specjalnie nie będę się rozwodził, bo nie to jest tematem przewodnim tego blogaska. Powiem tylko, że baaardzo nam się w tych ruinach (chociaż takich nie do końca ruinach w sumie) podobało, wspaniały widok na całą okolicę roztaczał się z zamkowego wzgórza. Swoją drogą ciekawy geologicznie twór - cała okolica raczej płaska, lekko pofałdowana, tu nagle takie małe, wcale nie niskie, wzniesienie - nic dziwnego, że dawno, dawno temu (konkretnie w XIII w.), za siedmioma morzami hehehe wzniesiono tu zamek. Ciekawi mnie, jak tam ówcześnie wjeżdżano? Bo dziś to jest wspinaczka niczym na Giewont nieomalże! Powozem tam za cholerę by nie wjechał, nawet konno w pojedynkę wątpię czy by się dało. Może dawniej było to bardziej ugładzone… W każdym razie miejsce godne polecenia :) W drodze powrotnej padł postulat pasażerów autobusu, aby opuścić pojazd bardziej w mieście kosztem zawożenia nas z powrotem pod sam dworzec. Wszyscy bowiem konkretnie od rana zgłodnieli i zaczęli wypatrywać jakichś restauracji. Tych jednak - otwartych - jak na lekarstwo, bo już po sezonie turystycznym. Z kolei te nieliczne otwarte, przyhotelowe, zdążyli szczelnie obsiąść wycieczkowiecze ze stateczków po jeziorze, które najwyraźniej zdążyły przybić do nabrzeża i wysadzić pasażerów przed naszym przyjazdem z zamku. No trudno, trzeba było wspomóc się zimnym prowiantem nabytym w na szczęście otwartym jakimś ichnim dyskoncie (marki nie pomnę, nieobecna w Polsce). Napełniwszy brzuchy wróciliśmy na stację, bo już pomału zaczynała się zbliżać godzina naszego odjazdu w drogę powrotną (17:05). Nasz pociąg wciąż jednak stał na torze poza peronem. Wkrótce okazało się dlaczego. Otóż o 16:48 od Ceskiej Lipy wjechał skład regionalny R22 z Rumburku do Kolina w postaci dwóch motoraków i wagonu doczepnego. Dopiero po zwolnieniu przezeń szlaku, parowozy mogły zacząć podstawianie składu w peron. W tym celu parowóz 50 3648 został uprzednio zapięty na “drugi koniec” wagonów, aby sprawniej przeprowadzić manewry. Poszło bezboleśnie mimo, że mechanik z 35 1097 wjeżdżającego w peron już po zmianie toru krytycznie kręcił głową na widok focistów na wątłym peroniku przepychających się aby mieć lepsze zdjęcie (podczas gdy prawda jest taka, że wszyscy mamy foty jednako słabe z tego najazdu). Załadunek ludzi na pokład poszedł względnie sprawnie i bez zbędnej zwłoki, z jedynie 4-minutowym opóźnieniem, ruszyliśmy tam skąd przybyliśmy. Nie było zbyt szerokiego marginesu czasowego na “marudzenie” z odjazdem, albowiem o 17:18 z Doksy do Rumburku miał ruszać pociąg regionalny (+5 minut opóźnienia), którego nie powinniśmy opóźniać. Nasz skład prowadziła “Pięćdziesiątka” jadąca tendrem naprzód. Ale to nie miało długo potrwać, bo zaledwie trzy przystanki dalej, w okolicy Ziznikova, znajduje się jakby naturalny trójkąt do obracania parowozów. Odbijają tam, do Mimoňa, linie z Doksy i Ceskiej Lipy. I właśnie poprzez wschodni bok owego trójkąta wjechaliśmy na jego północny wierzchołek. Tam odczepiono Pięćdziesiątkę i Trzydziestka Piątka ściągnęła wagony na zachodnie ramię trójkąta. Za nami zresztą tym samym torem podjechała luzem Pięćdziesiątka, bo sąsiedni tor musiał być wolny dla osobowego 6613 z Děčína do Liberca obsługiwanego szynobusem… PESY z rodziny Link. Następnie BR50 cofnęła, zmieniła tor na zwolniony przez szynobus i obleciała nasz skład. Po czym, dzięki wbudowanemu przejściu międzytorowemu, tzw. trapez, najechała na czoło całego pociągu. Tym sposobem udało się obrócić cały nasz pociąg a lokomotywy mogły jechać do Drezna znów kominami naprzód. Można? Można! Natomiast u nas nikt by się w takie hocki-klocki nie bawił, tylko pojechałyby obie dupskami naprzód i kto by się tym przejmował… Całe to jednak obracanie składu przedłużyło się mocno bardzo, bo w międzyczasie jeszcze obie lokomotywy były wodowane przez dzielnych strażaków. Skutkiem tego złapaliśmy kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt minut opóźnienia. I tu naprawdę można się przypieprzyć do organizacji tej całej operacji. Zupełnie nie wiem, po kiego czorta robiono to wszystko z pasażerami na pokładzie, którzy nudzili się jak mopsy! Czy te pięć godzin postoju w Doksy nie można było lepiej spożytkować na obrócenie pociągu na ziznikovskim trójkącie, napojenie spragnionych lokomotyw i wycofanie składu do Doksy, skąd można by odjechać wprost do Drezna? Doprawdy, jakiś bezsens - niczym z Polski rodem! :( Wszystko to zemściło się na organizatorze szybko - na granicy w Ebersbach okazało się, że nie możemy kontynuować jazdy, bo opóźnieni kolidujemy z planowymi szynobusami. I głos z głośnika obwieścił pasażerom, że możemy tu utknąć nawet na 2 godziny! Ale że - w międzyczasie zapadły już ciemności - niektórym, być może, spieszyło się do domów w Dreźnie - w kolejnym wejściu na antenę ;-) głos z off-u powiadomił radiosłuchaczy, że można się przesiąść do stojącego przy sąsiednim peronie szynobusu zmierzającego tamże przed sonderzugiem. I sporo podróżnych skorzystało z takiej opcji, m.in. grubas z kompanią :) Nam się oczywiście nigdzie nie spieszyło, toteż pozostaliśmy wierni dotychczasowemu składowi. A ponieważ zawsze wychodzę z założenia “nie ma tego złego…”, to udałem się na nocne focenie naszego przymusowowo uziemionego pociągu. Bez statywu. Ale spoko, przeważnie znajduję sobie jakieś naturalnie występujące statywy. Tym razem skorzystałem z jakiegoś słupka. Oczywiście jako Polak okazałem się jedyny niesubordynowany w ten mianowicie sposób, że przeszedłem przed czołem lokomotywy aby zafocić je od drugiej strony niż wszyscy [Niemcy]. Spośród Niemców nikt nie naruszył przepisów i wszyscy grzecznie pstrykali dużo gorsze kadry z przyperonowymi barierkami i innymi przeszkadzajkami… Ostatecznie jednak nie staliśmy dwóch godzin, lecz jedynie jedną. Po około 60 minutach przymusowego postoju gwizdki obsługi zaczęły zwoływać pasażerów z powrotem do wagonów i ruszyliśmy w dalszą drogę. Spać mi się zaczęło już na poważnie chcieć, bo to po pierwsze: naturalne po wstaniu z łóżka niewiele po godz. 5, po drugie: swoje robi kołysanie wagonu i miarowy stukot kół, no i po trzecie: rozpracowanych kilka piwek zakupionych w Doksy ;-) Ale dzielnie dotrwałem do samego Drezna, do którego przybyliśmy z około godzinnym opóźnieniem (pierwotnie mieliśmy być o 21:45). Na wjeździe minęliśmy się z odpalonym już i czekającym na zastąpienie parowozów “Grubym” 118 770. To oczywiście rozbudziło moje nadzieje na pocykanie kolejnych fotek ulubionemu DR-dieselowi. Justyna tylko jęknęła “jeszcze Ci mało...?” i poszła do ciepłej poczekalni. Tymczasem parowozom wcale nie spieszyło się z odpięciem się od składu - panowie z drużyn zaczęli smarować panewki, co trwało i trwało. Dobra, będzie tego dobrego - stwierdziłem po godz. 23 i nie doczekawszy się przejęcia przez 118-tkę pociągu ruszyłem po Justynę i do hotelu. Jakieś 20 minut później dopiero, idąc chodnikiem do hotelu, usłyszeliśmy parowe gwizdawki, co mogłoby świadczyć o odczepieniu się parowego tandemu od składu. Strasznie się to wszystko przeciągnęło. Podsumowując: bardzo udana wycieczka, w sumie nie spodziewałem się, że kiedykolwiek dane mi będzie uczestniczyć w takim przejeździe, jakie oglądam sobie co dzień rano na YouTubie do porannej kawy i śniadania. Dobrze, że mam taką domyślną kobitę, która widząc, chcąc-nie chcąc, co oglądam na TV, wpadła na tak genialny pomysł aby wysłać nas na taki trip :)) Będąc wśród innych uczestników tego typu przejazdu nie trzeba się czuć jakimś gorszym, że się pochodzi z biedniejszego kraju - oni okazują się wcale nie jakimiś krezusami, tak samo jak my lubią się napić piwa w nawet nieco przesadnych ilościach i zagryźć kiełbachą rwaną z pętka, zagryzaną kromką nieposmarowanego masłem chleba. Swojsko! Baaardzo mi się wszystko podobało i mam nadzieję kiedyś powtórzyć podróż takim sonderzugiem. Tak sobie myślę, że dla porównania warto by celować w przejażdżkę po terenach RFN, aby zobaczyć nadal istniejące różnice między zachodnimi Niemcami a wschodnimi. W sensie na kolei, bo autem nie raz przejeżdżałem, to wiem - nadal są olbrzymie kontrasty. A do Drezna mam nadzieję powrócić za niedługo - w połowie kwietnia 2019 r. odbędzie się tam już 11. Dampfloktreffen. Parowozownię, wokół której cała ta impreza się odbywa, już na wszelki wypadek sobie obczaiłem. Nie pozostaje zatem już nic innego, jak tylko zebrać przed kwietniem fundusze oraz dupę w troki - i po prostu pojechać!

26 czerwca 2018

Badanie EKG z gagarinowym wynikiem

W drugiej połowie lutego zadzwonił do mnie mój starszy brat, by tonem nie znoszącym sprzeciwu ;-) zaproponować abym przyjechał na Wrzeciono do przychodni, w której pracuje (jest lekarzem) celem wykonania prostego badania rytmu serca. W dzieciństwie miałem spore problemy z wadą „pompki”, z której to wady wydawało się że wyrosłem, ale ostatnio coś znów się odezwało niepokojąco... Ponieważ sam nie mogłem się zmobilizować by pójść do kardiologa, Robert wziął moje sprawy w swoje ręce. Przed zaplanowaną na początek marca wizytą powiedział, że dobrze byłoby zrobić EKG więc niech zabieram dupę w troki i przyjeżdżam do niego do pracy to mi panie zrobią od ręki i za free. Pierwotnie miałem wpaść we wtorek, ale ostatecznie przełożyłem wizytę na czwartek i – jak się później okazało – bardzo dobrze się stało! Ponieważ Wrzeciono jest rzut beretem od Radiowa, zabrałem prewencyjnie aparat z myślą „a nuż weźmie i coś na hutę lub z niej pojedzie?”. Kto wie, czy gdyby nie bliskość linii hutniczej to bym nie odwlekał wizyty w gabinecie w nieskończoność... Po badaniu, które sądząc po minie miłej pani obsługującej aparaturę do EKG nie wypadło dla mnie zbyt pomyślnie, od razu udałem się na stację przy ul. Wólczyńskiej. Przejechałem przez przejazd stwierdzając obecność jednego składu platform na stacji po lewej oraz zakładową stonkę krzątającą się już za bramą huty po prawej. Zaraz za przejazdem zawróciłem i podjechałem pod budynek stacyjny, ale z poziomu gruntu nie dało się zauważyć czy i czym ewentualnie platformy były załadowane. Niemniej, sądząc po ściśniętych sprężynach przy zestawach kołowych wagony nie były próżne. Nie mając nic lepszego do roboty wróciłem na Wólczyńską, lecz zanim na nią wjechałem zauważyłem zamykające się szlabany. Czyżby stonka miała wyciągnąć z huty kolejne wagony w stację? Zawijka i wracam w stronę budynku PKP Cargo. Jednak wcale nie chciałem do niego dojechać, najbardziej na rękę byłoby mi przedrzeć się przez krzaki gdzieś tak w połowie dystansu. Tyle tylko że nie miałem ochoty podrzeć najnowszych jeansów ani wyświnić kurtki „wyjściowej” przebijając się przez gąszcz. Na szczęście przyuważyłem ścieżkę wiodącą do, o ile dobrze pamiętam, murowanej wieży transformatorowej i nią sobie spokojnie doszedłem do torów. Stonka nie zechciała jednak przyjechać zadowoliwszy się manewrami przy zakładowej bramie (która nota bene choć nowa to już rozwalona... Wygląda jakby lokomotywa wjechała w nią w pozycji zamkniętej). Ale nie ma tego złego, przynajmniej mogłem spokojnie zerknąć czym też załadowane są platformy nie narażając się na wścibski wzrok osób z budynku biurowego Cargo. Przeczucie mnie nie myliło, skład około 20 platform załadowany był stalowymi belkami grubymi gdzieś tak na oko 25x25 cm. Swoje to to waży... Upewniwszy się, że skład czeka na lokomotywę po pierwsze dałem znać kolegom skupionym na facebookowej grupie WMH, a po drugie stwierdziłem że nic tu po mnie i jak mam gdzieś czas tracić to lepiej gdzieś bliżej Jelonek licząc na to, że Warszawa Główna Towarowa coś podeśle po ten skład na Radiowo. Tylko gdzie by tu pojechać, hmmm...? Wybór padł na przejazd ulicy Fortowej nieopodal Fortu Blizne. Lata świetlne ;) tam nie byłem! Ostatnio jak się tam kręciłem 15 lat temu to Warszawa tam jeszcze nie dotarła - tor szedł wzdłuż ogródków działkowych przy ul. Dywizjonu 303, nie było osiedli przy Pełczyńskiego czy Narwiku podobnie jak estakady nad Lazurową (tor przecinał ją w poziomie). Zajechałem więc na ów przejazd i od razu mi się spodobało. Zwłaszcza to, że na pierwszym planie miałem bieda-chatynkę skleconą z byle czego, jak te 15 lat temu cała ta okolica tak wyglądała, zaś w głębi kadru majaczyło nowoczesne budownictwo osiedla przy Granicznej. Taki kontrast. Fajnie :) Byłoby miło gdyby coś zechciało przyjechać. Po prawdzie wcale na to nie liczyłem, ale jak mówię – nie miałem nic lepszego do roboty, więc poobserwowałem zmagania wrony usiłującej rozłupać orzech włoski – ptaszysko siadało na latarni i upuszczało orzech z dzioba na asfalt. Orzech długo nie dawał za wygraną, ale za którymś razem poddał się i wrona mogła przystąpić do konsumpcji zawartości. Uprzednio jeszcze tylko musiała odgonić koleżankę oraz mniejszą kawkę, które od razu ją zaatakowały widząc że orzech w końcu pękł. Tak więc wrona zajadała się orzechem, a ja pogrążyłem się w lekturze mojego narkotyku, „Dużego Formatu” GW znaczy. Nie minął kwadrans, gdy wtem... trąbnęło cuś? Tak jakby kurde trąba gagarina z oddali... Ale czy to możliwe? Eee nie, na pewno nie – bliskość drogi S8 z pewnością płata mi figle słuchowe. Jednak co jakiś czas odrywam się od lektury, by rzucić okiem na tory przede mną. W razie gdyby lok jechał luzem, to mógłby się do mnie podkraść niepostrzeżenie, lepiej więc się mieć na baczności. O, a co to za dymek unosi się zza łuku zasłoniętego bieda-domkiem i krzakami? Czyżby ktoś palił jakieś gałęzie albo co, których nie zdążył zutylizować jesienią? Coś kurcze ten dymek zbyt energicznie wali w niebo, tak jakby mu jakaś mechaniczna siła pomagała piąć się ku górze... I czy mi się wydaje, czy też hałas z szosy jakby wzmógł się w ostatnich minutach? Tak jakoś niskich tonów przybyło chyba... Dudnienie narasta z każdą sekundą tak, że już po chwili nie mam wątpliwości, że zbliża się ku mnie pociąg :) Tylko nie niebieski, tylko nie niebieski, prooooszę, tylko niech to nie będzie niebieski gagarin... Po chwili zza łuku wyłania się... nie niebieski, tylko jak najbardziej zielony gagarin z żółtym V na czole – the one and only 1106 – YES, YES, YEEES!! Akurat jak wyjeżdżał z łuku przez przejazd przeszła jakaś młoda psita ładnie domykając kadr po przekątnej od gagara. No a potem to już wiadomo – seria fotek w miarę zbliżania się lokomotywy ku mnie. Ciekawe, że tuż przede mną mechanik przygasił lewe „oczko”, by za chwilę znów je przestawić na normalną jasność. Takie pozdrowienie czyżby? Nie spodziewałem się w sumie, by ciągnął on jakiś skład z Warszawy Głównej Towarowej, bo ten jeśli miałby jechać, to raczej rano. Tymczasem na haku gagara było kilkanaście platform i równie dużo węglarek, w sumie dobrze ponad 30 wagonów. Tym lepiej, bo konieczność zwalniania na kolejnych przejazdach dawała mi szansę na złapanie go jeszcze gdzieś, mimo że aby dostać się do ulicy Radiowej musiałem nadłożyć bardzo dużo drogi i to w normalnym ruchu miejskim. Dobra, w końcu dojeżdżam do przejazdu Radiowej, rozglądam się na obie strony, ale nie widzę ani świateł z lewej, ani końca składu z prawej. A byłem pewien, że dojrzę albo to, albo to. Czyżby jeszcze się nie dowlókł? A może już zdążył minąć kompostownię i dlatego nie widzę końca składu? Co tu robić... Z dylematu wyrwała mnie konieczność kontynuowania jazdy, gdyż za przejazdem nie ma się po prostu gdzie zatrzymać a z tyłu inne samochody już napierają. Trudno, jadę więc dalej. Skręciłem w ulicę Kampinoską, pod kompostownię, bo dalej na Estrady i tak był korek przed światłami z Arkuszową. Przejeżdżając przez tory zauważyłem w oddali światła pociągu, co oznaczało że wcześniej jak przecinałem tor jadąc Radiową to on jeszcze do przejazdu nie zdążył się doczołgać. Może zgasł po drodze, czy co? Mniejsza z tym, ważne że powoooli nadciąga. Wtem ni stąd ni zowąd pojawił się pick up agencji ochrony Spektra i zatrzymał się tuż przy przejeździe obok znaku STOP. Kiego cholery? Przypomniałem sobie, że któryś z kolegów (ale który to już nie pamiętam...) opowiadał, że parę lat temu pociągi na tzw. WMH eskortowały w miarę możliwości samochody z ochroniarzami, bo powoli sunące składy ze złomem do huty padały ofiarą kradzieży – młode chłopaki korzystając z żółwiego tempa wskakiwały na wagony i wywalały złom z wagonów, by potem go zebrać. Później wagony zabezpieczano metalową siatką aż w końcu obu stronom zabawa w ciuciubabkę się znudziła i kradzieże ustały. Widocznie jednak nie do końca, bo pan w pick-upie ewidentnie czekał aż pociąg przetnie ulicę Kampinoską by sprawdzić czy nie ma pasażera na gapę. Mnie już się dalej nie spieszyło, bo i tak wiedziałem że więcej przed Radiowem go nie złapię. Od razu pojechałem na przejazd między stacją a hutą w ciągu ul. Wólczyńskiej i zaparkowałem w dróżce prowadzącej do nastawni. Gagarin rzecz jasna już tam był, ale jeszcze nie zmienił osygnalizowania do jazdy manewrowej. Stał ze swoim składem i mruczał. :) Do platform widzianych wcześniej dołączyła hutnicza stonka SM-42 (tak, ma namalowaną kreseczkę) o numerze 2557 z - jak się wkrótce okazało - także platformami na haku. Najpierw to właśnie ona otrzymała pierwszeństwo manewrów. Wyciągnęła się z całym składem dość spory kawałek za bramę zakładową. Myślałem, że tam je już zostawi pod załadunek, ale nie - inny scenariusz miał się wkrótce napisać. Na stopniu ostatniej platformy jechał mocno leciwy manewrowy, którego nie raz już widywałem na Radiowie. Naprawdę, gość jest chyba tuż przed emeryturą, ale - patrząc w tę pooraną bruzdami zmarszczek, ogorzałą od słońca i deszczów, twarz - można by go posądzić o zdecydowane przekroczenie 70-tki. Jednak, kurde, kilka dekad ciągłej pracy na dworze niszczy człowieka zewnętrznie, nie ma to tamto… No dobra, dość tych refleksji ;-) Tymczasem mechanik z gagarina odczepił lokomotywę od przytarganego pociągu i... zgasił światła. Po czym ruszył na rozjazd, by zmienić tor na ten, z którego dopiero co stonka zabrała wagony. Rozjazdem “wachlował” drugi manewrowy, młodszy, acz też już siwy. Myślałem, że po zmianie kierunku jazdy ST44 od razu skieruje się na przeciwległą głowicę stacyjną. Tymczasem stanął tuż za rozjazdem, grom wie po co. No nic, zobaczymy co tam dalej wymyślą tęgie głowy. Po chwili przypomniała o sobie hutnicza stonka 2557, która znów pojawiła się na arenie działań wpychając platformy na tor zajęty przez wspomniane na samym początku wagony ze stalowymi belkami. Ahaaa, to takie buty. Obydwa składy połączono i stoneczka luzem odjechała abarot za bramę huty (z “dziadkiem” manewrowym na stopniu loka). A gagarin postawszy chyba tylko w tym celu, żeby mechanik pogaworzył sobie z młodszym manewrowym, gdy ten wracał od “buły” zwrotki do nastawni, w końcu odjechał na przeciwległy kraniec stacji. Dało się z daleka zauważyć, że nie odjechał luzem na Główną Towarową, tylko podstawił się do tego składu połączonych platform. W każdym razie nie spieszyłem się jakoś bardzo ze zmianą stanowiska bliższego do gagarina wiedząc, że trochę czasu upłynie zanim zrobi próbę hamulca. Mogłem jeszcze poobserwować hutnicze stonki za bramą do huty. Liczba mnoga uzasadniona, bo w międzyczasie pojawiła się druga z pomarańczowymi kogutami na dachu teoretycznie wskazującymi na sterowanie radiowe lokomotywą. Teoretycznie, bo zawsze kiedy ją widzę (a jej numerek to 2392, choć tym razem stała za daleko żebym go dojrzał), to w kabinie siedzi kolo. O, i tyle z tego sterowania falami radiowymi hehe :-D Co ciekawe, jest mi równa wiekiem, obydwoje przyszliśmy na świat w 1977 r. I nieźle się trzymamy!! Druga ze stonek (chronologicznie to w sumie pierwsza…) 2557 podstawiła się do składu węglarek, po czym zaczęła go wyciągać w stację. Tak się jednak tylko wydawało, bo za chwilę znów go wepchnęła na teren huty, tylko że na inny tor. Trzeba było zrobić miejsce na te wagony co je gagar przyciągnął. Po chwili wyjechał luzem i podstawiła się do nich. Nie ma jednak tak, że rachu-ciachu i dawaj od razu na hutę z tym co przyjeżdża z WGT. Najpierw wagony trzeba “prześwietlić”. Przy jednym z torów jest - nazwijmy to sobie roboczo - “roentgen”, którego zadaniem jest (tak mi się przynajmniej wydaje, jeśli się mylę a ktoś wie lepiej to proszę sprostować) zasygnalizowanie obecności w wagonie niebezpiecznego materiału, np. promieniotwórczego. Strach pomyśleć co by było, gdyby tak skażony złom trafił do pieca na przetop… Tak więc każdy jeden wagonik musi być przeciągnięty przez ten wykrywacz. A ponieważ pociąg przyciągnięty przez gagarina stał na sąsiednim torze, to stonka najpierw musiała go wyciągnąć w stronę huty kawałek za rozjazd, a potem wepchnąć na tor z wykrywaczem. Jadący na stopniu ostatniego wagonu manewrowy “dziadek” zeskoczył na wysokości zachodniej głowicy stacji, żeby - po skończonych manewrach na wykrywaczu - przerzucić wajchę dla gagarina do odjazdu na Główną Towarową. Gdy już cały skład się “wykrył” stoneczka zaczęła ściągać go na hutę. Chociaż mogli chwilę zaczekać na dziadka, który przełożył rozjazd i ruszył z buta za uciekającymi wagonami. No i na tym w zasadzie skończyły się manewry. W stacji pozostał osamotniony skład z ST44 kontynuującym próbę hamulca. Podczas gdy go sobie jeszcze fociłem na odchodne zauważyłem sunący dróżką wzdłuż torów od strony nastawni jakiś niebieski dostawczak z dwoma pomarańczowymi kamizelkami. W pierwszej chwili przemknęła mi myśl, że “jadą po mnie” ;-) i będzie kwadratowa rozmowa o domniemanym zakazie fotografowania czy temu podobnych bzdurach. Ale panowie okazali się chyba jakimiś budowlańcami skracającymi sobie drogę i minęli mnie bez zatrzymania. Tymczasem zbliżyła się już godzina 15:30, co pod koniec lutego oznacza spadek ‘parameteru’ do wartości nikczemnych. Stwierdziłem więc, że nic tu dłużej po mnie. Grom go tam wie, ile jeszcze będzie się próbował, gdy tymczasem pomału zapadają ciemności. A przede mną jeszcze przeprawa przez zakorkowane miasto w drodze do Wawra. Tak więc całkiem usatysfakcjonowany niespodziewanym wynikiem badania EKG obrałem kurs powrotny do domu.