26 lipca 2005

Wakacje na JSL ze zdawkami 2005

W sumie to się nawet cieszę, że benzyna jest tak droga. Kalkulacja kosztów paliwa odegrała bowiem może nie największą, ale jednak istotną rolę w wyborze miejsca spędzenia tegorocznego urlopu. Pierwotnie miałem zamiar odbić sobie niepowodzenie roku poprzedniego kiedy to przez półtora tygodnia bez efektu czekałem na towara z gagarinem na linii Czersk – Kościerzyna – Gdynia (jak się później okazało jechał – uwaga – na dzień przed moim przyjazdem i dzień po odjeździe do Warszawy... Pechowcowi to zawsze wiatr w oczy echhh...). Teraz niby miało być eldorado w związku z zapowiedzianym przez Tomasza Sonntaga na p.m.k pojawieniem się nowego pociągu 25791 w relacji Zajączkowo Tczewskie – Gdańsk Osowa będącego w zasadzie „starym” pociągiem z Ożarowa Cementowni do Osowy (czyli gruchami, na które bezskutecznie poluję od dłuższego czasu!). Sonntag zaznaczył, że PODOBNO w czerwcu ma kursować regularnie. W telegramie było napisane: kursuje 2,3,4,7 a w 1,5,6 jako dodatkowy. Na dodatek od 12 czerwca zmienić miał się rozkład popularnego pociągu 22480/22481 Gdynia – Kościerzyna – Gdynia. Zamiast o 23:40 po korekcie miał ruszać z Gdyni o 2:13, by do Kościerzyny dotrzeć o 4:20 (poprzednio o 1:38). Zmiana rozkładu sprawiała, że w okolicach Kościerzyny można by go już zafocić o wschodzie słońca! W drogę powrotną miał ruszać dopiero o 18:50, a nie jak w poprzednim rozkładzie o 7:28. Jakby tego było mało, Bodek jeszcze w połowie maja uprzedzał, że najprawdopodobniej od 25 czerwca uruchomiona zostanie – cytuję – „co najmniej jedna (mówi się po cichu o dwóch) para pociągów towarowych łączących Gdynię Port z południem kraju (...) i skierowana zostanie od Bydgoszczy do Gdyni przez Kościerzynę. Pociągi mają mieć masę do 1600 ton, więc raczej nic innego niż Iwan nie wchodzi w grę”. Zapowiadały się więc naprawdę ciekawe wakacje! :) Zarezerwowałem więc sobie w robocie dwa tygodnie urlopu w terminie 25 VI – 10 VII i czekałem na rozwój wydarzeń. Wszystko to było tylko „podobno”, „najprawdopodobniej”, czyli krótko mówiąc: palcem na wodzie pisane. I oczywiście jak to na pekapie bywa – takim też pozostało... Całe szczęście, że doświadczenie lat poprzednich nauczyło mnie żeby się zbytnio nie podniecać dobrymi wieściami, bo i tak skończy się pewnie na rozczarowaniu i znacznie odchudzonym portfelu. Im bliżej urlopu tym coraz jaśniej wynikało z wieści od chłopaków z Pomorza, że z rzekomego eldorada będzie dupa blada. I rzeczywiście – zapowiadane na p.m.k regularne (z zastrzeżeniem „podobno”) kursowanie gruszek do Osowy nie doszło do skutku. Po prostu wszystko zostało po staremu, czyli jeżdżą kiedy chcą. Jak znam życie – moje polowanie na nie skończyłoby się jak rok wcześniej... Zdaje się, że nie wypaliła także nawet jedna para (nie mówiąc o dwóch) towara do Bydgoszczy. Przynajmniej nic na to nie wskazywało jak kontaktowałem się z Bodziem na dzień czy dwa przed niby pierwszym kursem brutta. Oczywiście jeszcze w piątek 24 VI biłem się z myślami, czy zaryzykować i pojechać na Kaszuby mimo braku pewności odniesienia sukcesu rozumianego jako sfotografowanie gagarina z jakimkolwiek choćby towarem. Korzystając w tym miejscu z okazji, chciałbym podziękować wszystkim Kolegom za jakże cenne informacje, które – jak z dzisiejszej perspektywy widzę – uchroniły mnie przed dużymi nakładami finansowymi, które poszłyby na marne :) Ostatecznie jednak podjąłem decyzję negatywną, do czego skłoniły mnie dwa dodatkowe czynniki. Po pierwsze, po ubiegłorocznym niepowodzeniu powiedziałem sobie, że koniec z samotnymi wyprawami. Sam to mam takiego niefarta co do słońca, że jak nadchodzi moment zwolnienia spustu migawki to słońce w 99 przypadkach na 100 zachodzi za chmurę. Potrzebuję więc wsparcia kilku Kolegów żeby ich szczęście przezwyciężyło mój niefart. Naprawdę robię się zabobonny w tej kwestii, ale też byście zaczęli wierzyć w cuda na kiju jakbyście byli mną, zapewniam (przypomnę, że relacja z wakacji 2004 nosiła wszystko mówiący tytuł „Wszędzie słońce gdzie mnie nie ma”...)! Po drugie, od dalekiej podróży która i tak pewnie zakończyłaby się zszarganymi nerwami odstręczyła mnie cena benzyny. Dobrze niestety pamiętam ile wydałem przed rokiem na kaszubskie wojaże, przy czym wówczas paliwo było sporo tańsze. Summa summarum stwierdziłem, że zamiast wypatrywać łakomym okiem na gołębia na dachu to pójdę na łatwiznę i złapię w garść wróbla. Postanowiłem mianowicie pofocić zdawki na wschodnim odcinku Jedynie Słusznej Linii :))) Skłonił mnie do tego szereg czynników. Otóż, po zawieszeniu przewozów pasażerskich na odcinku Nasielsk – Sierpc z końcem maja 2004 r., możliwe stało się puszczanie krótkich towarków za dnia do Płońska tudzież Raciąża (rzadziej). Wcześniej co prawda też by się je dało wepchnąć bez trudu między osobówki, ale nie wiedzieć czemu częściej jeździły w nocy pozbawiając mnie tym samym możliwości ich sfotografowania. Tak po prawdzie to na odcinku od Nasielska do Płońska – najbliższym z bliskich memu sercu na JSL-ce, to z towarków miałem sfotografowane dwa składy z burakami do Raciąża, kilka razy trafiłem na zwrot próżnych węglarek po burakach, zdarzyło się też popełnić pojedyncze zdjęcia gagarinów z krytymi czeskimi i naszymi węglarkami, a od marca 2003 często widuję i fotografuję Lotosa, ze dwa razy spotkałem też gruszki do lub z młyna w Płońsku. Jak łatwo zauważyć wszystko to są zwarte składy całopociągowe, natomiast paradoksalnie nie miałem zdjęć najpowszechniejszych na linii krótkich zdaweczek ze stonkami, właśnie z racji ciemności towarzyszących godzinom ich kursowania. Jak wspomniałem, zmieniło się to po zawieszeniu ruchu pasażerskiego, co jasno wynikało z notatek szpiegów spędzających w ubiegłym roku wakacje na działce koło Wkry. Nadszedł czas żeby wykorzystać zawartą w nich wiedzę zanim będzie za późno. Koleje Mazowieckie szykują się bowiem do reaktywacji ruchu osobowego w dawno nie notowanej liczbie aż jedenastu pociągów (szynobusów) na dobę! To oczywiście znów tylko plany i nie wiadomo co z nich ostatecznie wyjdzie, ale gdyby miały się ziścić to oczywiście zdawki znów wrócą do kursowania w nocy. Żeby więc później nie pluć sobie w brodę postanowiłem spędzić większą część dwutygodniowego urlopu na działce. Miało to i tę zaletę, że odpadały mi koszty noclegów i wyżywienia :) Na wszelki jednak wypadek gdyby miało się okazać że na Kaszubach odkryto gagarinowe eldorado, do bagażnika kosiarki wepchnąłem namiot i śpiwór. Tak na wszelki wypadek... DZIEŃ 0 – piątek 24 czerwca Przed wyjazdem zaplanowanym na sobotnie popołudnie, na działce już w czwartek pojawili się moi szpiedzy w postaci rodziców oraz brata z córką z wyznaczonym zadaniem przesyłania raportów o ruchach pociągów. Pierwszy meldunek napłynął już o godzinie 8:00 a zawierał informację, że w stronę Nasielska pojechał skład gruszek. Po trzech godzinach kolejne zgłoszenie – tym razem „węglarz” do Raciąża. Niecałą godzinę później w stronę Nasielska pojechały gruszki z Płońska, zaś tuż przed 18 wracał „węglarz” na pusto, rzecz jasna. No, myślę sobie – żeby tylko taki ruch utrzymał się podczas wakacji, a będę usatysfakcjonowany. DZIEŃ 1 – sobota 25 czerwca Szpieg dał ciała... O 12:10 do Płońska pojechały gruszki, o czym nie raczono mnie jednak poinformować SMS-em :( Notatkę w kapowniku zobaczyłem dopiero poniewczasie. Po tym jak jechały w piątek nie spodziewałem się, że pojadą też i w sobotę. Nie doceniłem jednak przedsiębiorczości młyna. Po przybyciu na stację około godziny 16 stwierdziłem obecność jednego składu gruszek (cały czas myślałem, że to te z piątku). Po stacji krzątała się mała 401Da-361, która po podzieleniu 40-wagonowego składu na 4 równe części właśnie zabierała się do wepchnięcia pierwszej cząstki na bocznicę pod młyn. Sfociłem ją sobie z kładki dla pieszych nad torami i pojechałem na działkę. Tu w notatkach Starożytnych stwierdziłem, że nie były to gruszki z piątku, lecz z dziś! To zaś oznaczało, że między 12 a 16 musiał jechać skład próżnych gruszek, którego jednak nie odnotowano w zapiskach... W Płońsku nie było bowiem ani stonki/stonek ani drugiego składu gruszek. Nakazałem szpiegom wzmóc czujność :) DZIEŃ 2 – niedziela 26 czerwca Dzień błogostanu spędzony na leżeniu bykiem na werandzie do góry bebzunem i sączeniu zimnego piwa. Jedyna szansa w niedziele na pociąg to „węglarz”, ale i tak nie chciałoby mi się go ganiać. Nie w taki upał... Ani Lotos ani Cargo (na którym to przewoźniku najbardziej mi zależało) nie miały prawa jechać. I nie pojechały, natomiast węglarz owszem tak. O 10:20 pojechał w stronę Raciąża, a z powrotem był o 15. Tradycyjnie w zestawieniu TEM2-152 + 030. Odprowadziłem go wzrokiem. DZIEŃ 3 – poniedziałek 27 czerwca Ha, będzie polowanie! O 5:50 obudził mnie łomot Lotosa, lecz nie zdążyłem doskoczyć do okna żeby zobaczyć jaką to lokomotywę przyjdzie mi focić po południu. Zdrzemnąłem się jeszcze z półtorej godzinki, ale wewnętrzny zegar nie pozwolił na wylegiwanie się i obudził mnie przed siódmą. Miałem bowiem zamiar pojechać do Nasielska sprawdzić czy zapisana w piątek godzina przejazdu gruszek potwierdzi się. Poinstruowałem jeszcze tylko szpiegów żeby dzwonili do mnie w przypadku każdego usłyszanego pociągu. Jak przerywam połączenie to znaczy, że wiem o nim, ścigam i focę, a jak odbieram to znaczy że o nim nie wiem, minąłem się z nim i potrzebuję informacji. Wyjechałem przed pół do ósmej. Troszkę za późno, ale przecież gruszki nie mają sztywnego rozkładu, nic ich nie goni, mogą sobie jechać w zasadzie o dowolnej godzinie. W Nasielsku byłem po jakichś 15, góra 20 minutach. Gruszek brak. Dobra, poczekam, mam czas. Korzystając z wolej chwili podjechałem do szopy wąskotorówki. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem uwiecznić ją na zdjęciu póki jeszcze jest w miarę cała – otwarte wrota wprawdzie zapraszają lumpenproletariat do środka, ale przynajmniej w ogóle jeszcze są. Wiadomo co będzie za dzień lub dwa – a może jakiś żul zrobi z nich sobie ognisko? Mało to razy tak było, że odkładałem sfotografowanie jakiejś budowli czy urządzenia na później, a po jakimś czasie nie było czego focić...? Drezyniarnia w Raciążu nie ma już na ten przykład drzwi – znikły w tygodniu między jednym weekendem kiedy ją uwieczniłem jeszcze całą, a następnym kiedy stwierdziłem ze smutkiem początek dzikiej prywatyzacji (i to niemal pod oknem czynnej nastawni!). Wkrótce też pewnie przydadzą się komuś framugi okienne, potem dach i tak dalej... Popełniłem więc póki czas zdjęcie wąskotorowej szopy w Nasielsku oraz jedynego ocalałego wagonu krytego FTdxb 358-3. Przygnębiające miejsce... Z zadumy wyrwał mnie telefon. Rzut oka na zegarek – punkt 8. Już wiedziałem co się święci – dzwoni Ojciec, że właśnie przejechały gruszki. Czyli co do minuty o tej samej godzinie jak w piątek! Niech to szlag – musiałem się z nimi rozminąć gdzieś między Wkrą a Cieksynem, czyli tam gdzie tor oddala się od drogi. Kur#%*^& mać! Zawinąłem się czym prędzej z powrotem, ale zatrzymały mnie zamknięte rogatki. Po chwili przejechał ET22-1051 z różnorodnymi węglarkami w stronę Warszawy. Eee zresztą i tak nie ma się co emocjonować i gnać na złamanie karku – przecież już i tak nie dogonię gruszek przed Płońskiem. Na otarcie łez pozostanie mi pościg za nimi w drugą stronę. W sumie nie ma czego żałować, bo i tak do Płońska jadą pod słońce, co ogranicza możliwość fotografowania do ujęć z boku. Pocieszając się tak nieco na siłę dojechałem do Płońska akurat w chwili gdy stonki wepchnęły gruszki na ślepy tor nr 6, czyli ten najbliższy nastawni wykonawczej Pł1, kończąc tym samym manewry. Wygasiły się a do akcji wkroczył karzełek 401Da. Pierwsze zdjęcie strzeliłem mu jak wyjeżdża ze swojej szopki, a kolejne dwie fotki gdy łapie się za pierwszą partię gruszek i zaczyna je bez większego zresztą wysiłku wpychać do młyna. Dla urozmaicenia tym razem zdjęcia cykałem nie z kładki, lecz z ziemi. Potem poszedłem do stonek, wybrałem miejsce na cyknięcie fotki jak będą odpalać i przyczaiłem się w cieniu odstawionych rozładowanych gruszek z soboty. Stonki miały numerki 521 (CM Białystok!) i 626 (CM Warszawa). Przymierzając się do zdjęcia wzbudziłem zainteresowanie jednego z kolejarzy, który ruszył w moim kierunku. Oho – myślę sobie, będzie kwadratowa rozmowa. Ale nie, pan okazał się być mechanikiem z jednej z lokomotyw a przy tym równym gościem i ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Po chwili musiał wracać do loka, ale jeszcze pokazał mi w trawie sporą kałużę rozlanej ropy czy innego tam glutowatego smaru, a w nim uwięzione dwie kawki. Cholera, żal mi się ich zrobiło – nic im już nie można było pomóc, ptaki oddychały już tylko instynktownie z trudem łapiąc powietrze zniszczonymi płucami. Powziąłem zamiar skrócenia im cierpień, niech no tylko odpalą te stonki. Odpaliły i szybko przemanewrowały się na początek składu próżnych gruszek stojących na torze nr 2. Zrobiłem fotkę i ruszyłem do samochodu po nóż. Nie doszedłem jednak do kosiarki gdy wtem zaskrzeczało radio – zgłosiła się drezyna prosząc dyżurnego Płońska o pozwolenie na wjazd. O kurde, drezyna!! Tego jeszcze na JSL-ce nie widziałem :) To znaczy widziałem raz, ale podejrzewam, że był to tylko inspekcyjny przejazd na kilka minut przed wypuszczeniem z Nasielska do Sierpca szynobusa 215M-001 w ramach akcji promocyjnej „Szynobus dla gmin”, co miało miejsce 14 lipca 2003 r. Dyżurny zezwolił na wjazd „na gębę”, co mnie trochę zdziwiło. Towary takie jak Lotos czy węglarz CoalTranu mają dyktowane rozkazy, ponieważ nie działa semafor wjazdowy. A drezynce nie podyktował. Z tego co podsłuchałem wynikało, że jadą dobrzy kumple toteż pewnie dlatego formalnościom nie stało się zadość. Drezynka WM-10/M 1616 przyjechała torem głównym zasadniczym i zatrzymała się pod semaforem wyjazdowym przy nastawni dysponującej Pł. Wysiadło dwóch gości i poszli do dyżurnego na górę. W każdym bądź razie po kilkunastu minutach zgłosiła się prowadząca stonka 521, że pociąg 2275 jest gotów do odjazdu. Wkrótce też dwa ramiona semafora uniosły się w górę i pooooszedł. A ja za nim :) Strzeliłem mu fotkę, potem na moście nad Wkrą i tuż przed samym przystankiem Cieksyn. O 11:08 pociąg opuścił Nasielsk odjeżdżając w siną dal w stronę Warszawy Pragi. Jako stacje macierzyste wagony miały wymalowane Gdynię Port oraz Szczecin Port Centralny. Żeby było śmieszniej z walających się po płońskiej stacji nalepek kierunkowych (jedną wziąłem sobie na pamiątkę) odczytałem, że stacją nadania ładownych gruszek był Kietrz – stacja końcowa ślepo zakończonej linii (bocznicy?) w województwie opolskim, niedaleko Raciborza. Z Nasielska wróciłem na działkę na odpoczynek i popas. Rozwaliłem się na werandzie z II tomem „Monografii ZDOKP w Poznaniu okres 1945-1992” (skromne 880 stron...) i czekałem na przyjazd Lotosa do Nasielska. Aby nie dać się zaskoczyć przejazdem pociągu wystawiłem na stół na werandzie radiotelefon podłączony do dalekosiężnej anteny i nastawiłem go na kanał 1 linii Warszawa – Tczew. Nasłuchiwanie przyjazdu Lotosa do Nasielska ma tę dobrą stronę, że nie trzeba się wsłuchiwać w numery pociągów wywoływanych przed dyżurnego. Narodziła się bowiem nowa świecka tradycja nie wywoływania go po numerze jak to powinno mieć miejsce, lecz po prostu woła „Lotos do Nasielska, zgłoś się!” :) Taki też tekst usłyszałem około 16:30, stanowiący bodziec do działania. Ponieważ po południu chmurzyło się dość mocno, przeto potrzebowałem kompana z dużymi pokładami szczęścia. Pierwsza pod rękę nawinęła się bratanica, która nudziła się jak mops, więc ochoczo zgodziła się pojechać z wujkiem „na foty” :-P Ponieważ za niedługo miał być obiad więc nie mieliśmy dużo czasu na ganianie pociągu. Postanowiłem zrobić zdjęcie na łuczku na jednym z polnych przejazdów kolejowych między drogą z Wrony do Jońca a mostem na Wkrze. Tuż przed 17 dało się słyszeć syrenę pociągu. Młoda jeszcze nie wiedziała, co jedzie ale ja tak. Pojawiło się rumuńskie barachło, którego jeszcze nie fociłem w żółtych barwach Lotosu… Nie można powiedzieć żebym się bardzo zmartwił faktem iż nie jedzie gagarin. Żółtych gagarów już się nacykałem dużo, natomiast nie miałem żółtego rumuna. Strzeliłem więc fotkę 060DA-1020 bez specjalnego obrzydzenia, tym bardziej że za nim jechała zielona tamara (nr 017). Zielonej TEM2 Lotosu również dotąd nie widziałem na JSL-ce (niebieską to i owszem). Jakby tego było mało na końcu składu była jeszcze żółta SM42-2574. Mechanicy z rumuńskiego złomu przejeżdżając obok nas zatrąbili w pozdrowieniu, czym tylko wywołali histeryczny wręcz atak śmiechu u bratanicy, która stwierdziła że chyba go wykastrowali, że tak piszczy zamiast zadudnić basem jak gagarin. Trudno się z nią nie zgodzić – nie dość że pierdzi silnikiem to jeszcze skrzeczy trąbką :) Przemieściliśmy się następnie do Płońska, gdzie dziabnąłem go wjeżdżającego w perony i wróciliśmy do domu na obiad. DZIEŃ 4 – wtorek 28 czerwca Obudziwszy się przed 7 stwierdziłem na niebie brak nawet najmniejszej chmurki. Dałem sobie więc spokój z jazdą do Nasielska, bo i tak nawet gdyby jechały gruszki do Płońska to pod słońce. Nastawiłem więc na werandzie sprzęt nasłuchowy i utonąłem w lekturze „Monografii”. Tym razem musiałem nadstawiać uszu na numery pociągów, dyżurny bowiem woła gruszki tudzież inną dawkę po numerze, nie ma takiego luksusu jak przy Lotosie. Doczekałem się dopiero w południe, radio zaskrzeczało „Nasielsk do 2273, zgłoś się!”. Wprawiło mnie to w lekką konsternację, bo w rozkładzie mam pociąg 2275 relacji Nasielsk – Płońsk. Pomyślałem jednak, że jak nic 73 też musi jechać w moją stronę. Szybko zabrałem klamoty i ruszyliśmy z bratanicą w stronę Nasielska. Wczesne popołudnie to nie to samo co ranek, około 12 można już znaleźć miejsca żeby słońce świeciło pociągowi od przodu. Okazało się jednak, że wyjechaliśmy nie dość szybko… :( Dojechaliśmy do Nasielska a pociągu nie ma. No to – mówię, albo ten 2273 to jakaś lipa albo za chwilę zadzwoni tata, że właśnie pociąg minął działkę. I rzeczywiście, po kilku minutach dzwoni Dzidek z fatalną informacją, że właśnie przejechała stonka z czterema węglarkami. No nieee – nie dość że się drugi dzień z rzędu rozminąłem z pociągiem, to jeszcze z takim fajnym, na którym mi szczególnie zależało :(( Na osłodę pozostała mi tylko świadomość że najpewniej następnego dnia sfocę go w drodze powrotnej. Do Płońska dotarliśmy akurat w chwili gdy stonka 1031 zaczynała manewry polegające na wepchnięciu wagonów na ślepy tor nr 11 przy placu ładunkowym. Tyle dobrego, że po raz pierwszy sfociłem lokomotywę na tym torze (dotychczas tylko same wagony tu widywałem). Pierwszy wagon załadowany był miałem węglowym natomiast trzy pozostałe przyjechały próżne. Czekała już na nie ciężarówka załadowana drewnem – nie dłużycą w sensie całych pni drzew, lecz takimi dłuższymi palikami. Samochód wyposażony był w dźwig, który zaraz zaczął załadunek pierwszego wagonu. Stonka natomiast odjechała w stronę próżnych gruszek opróżnionych poprzedniego dnia. Podjechaliśmy na przejazd kolejowy przy nieczynnym semaforze wjazdowym od strony Raciąża i tu popełniłem jedną fotkę jak stonka już po zmianie toru wpycha ponownie gruszki na stację. Sensem zrobienia tego zdjęcia było uwiecznienie czynnego posterunku dróżnika, który uruchamiany jest operatywnie jak trzeba zamknąć szlabany. Po przejeździe stonki pan Miecio błyskawicznie zamknął okiennice i popędził do chałupy. My natomiast wróciliśmy na plac. Przyjechały kolejne dwie ciężarówki, które zabrały się czym prędzej do rozładunku wagonu z węglem. Nie mogłem sobie odmówić popełnienia zdjęcia trwającego na- i wyładunku pociągu. Robota wre aż miło! Znaczy jednak kolej jest jeszcze w Płońsku potrzebna :) Po drugiej stronie placu stonka podstawiła się na czoło gruszek i robiła próbę. O dziwo, tym razem próbę robiono regulaminowo, a nie jak zwykle na zasadzie kopniaka w pierwszy zestaw kołowy i jak trzyma to można śmigać. Na miejsce zrobienia zdjęcia wybrałem sobie motyw z dziadkiem sprzedającym owoce na poboczu drogi do Bydgoszczy. Dla tych co nie wiedzą – między stacją a wiaduktem szosy gdańskiej tor JSL biegnie kilkaset metrów wzdłuż rozpoczynającej się tu drogi krajowej nr 10 do Bydgoszczy. Po jakimś czasie stonka zgłosiła gotowość do odjazdu, dyżurny odpowiedział, że już zamówił drogę przebiegu i można ruszać niech no tylko zamknie „wrota” (znaczy szlabany) na przejeździe. Ustawiłem się na motywie i czekam zaklinając żeby akurat nie było intensywnego ruchu samochodowego na szosie gdy nadejdzie moment wciśnięcia spustu migawki. Musiałem bowiem robić zdjęcie przez całą szerokość szosy. Byłoby wielce niestosowne żeby akurat jakiś TIR wpakował się w kadr i zasłonił swoim cielskiem pociąg w oddali. Zawołałem na Ankę żeby wygramoliła się z samochodu i mówiła mi na bieżąco jaka jest sytuacja na szosie. Dzięki temu mogłem się skupić na trzymaniu aparatu zamiast co chwilę zerkać na drogę. Młoda sprawiła się znakomicie i ostrzegła na czas przed zbliżającą się furgonetką. Gdybym był sam to jeszcze troszkę bym podpuścił pociąg bliżej prawej strony kadru, tyle tylko że zdjęcie byłoby do wyrzucenia, bo stonkę zasłoniłby samochód. A tak udało się tego uniknąć :) Następny fotostop zrobiliśmy zaraz za Dalanówkiem w miejscu gdzie tor wchodzi w łagodny łuczek przed wsią Krępica. Następnie podjechaliśmy na przejazd przed mostem nad Wkrą. W miejscu tym tor ułożony jest w baaardzo rozciągniętej esce, więc w zasadzie można mówić o dwóch łukach. Tu zakończyliśmy ganiankę, bo po pierwsze dalej nie ma już specjalnie motywów, zaś te co są to mam je na kliszy. Po drugie na niebie przybywało coraz więcej chmurek pogarszających mi humor. Gdyby nie obecność bratanicy to jak znam życie – wszystkie fotki miałbym do tej pory „zachmurzone”. Przed obiadem tradycyjnie męczyłem „Monografię” do momentu gdy radio oznajmiło przyjazd Lotosa do Nasielska. Akurat i tak miałem jechać z mamą do jednej baby kupić truskawki, więc postanowiłem połączyć jedno z drugim. Najpierw kupiliśmy owoce, a potem podjechaliśmy do toru w Krępicy. Zatrzymałem się przy słupku w kilometrze 19,9 gdzie tor prostuje się wychodząc z łuczku. Miałem zamiar zrobić zdjęcie siedząc na dachu kosiarki, a konkretniej na bagażniku rowerowym. Pesymistycznie tylko nastrajały chmury, zwłaszcza jedna taka wielka, która od kilkunastu minut całkowicie zakryła słońce i nic nie wskazywało by miała zamiar je uwolnić na czas przejazdu pociągu. Nie doceniłem jednak zbawiennego wpływu kibiców. Mama i Anka przyniosły w decydującym momencie szczęście! Jeszcze na kilkadziesiąt sekund przed pojawieniem się pociągu na ziemi zalegał cień, lecz jak pociąg wyłonił się zza łuku w lesie blask dziennej gwiazdy dodał kolorytu niebu i ziemi a zwłaszcza… czerwonemu Gagarinowi prowadzącemu skład! Kopara mi do ziemi opadła ze zdziwienia co on tutaj robi. Wszystkiego bym się spodziewał ale nie Czerwonego Października na „moim” odcinku JSL-ki. Widziałem go już wcześniej w Sierpcu, ale to było uzasadnione spotkanie jako że przyprowadził wówczas pociąg z Płocka, gdzie przejął go dalej Lotos. Ale jakim prawem lokomotywa PKN Orlen ciągnie pociąg konkurencyjnej przynajmniej w teorii rafinerii gdańskiej?! Jakby tego było mało za M62-0689 jechała żółta tamara 310! Ja nie mogę – ale kolorowy zwierzyniec :)) Na końcu składu tradycyjnie podążała żółta stonka. Mechanicy wszystkich trzech lokomotyw byli bardzo przyjaźni. Odmachali naszej wesołej gromadce i obtrąbili nas jak się należy :) Dosłownie sekundę po zrobieniu zdjęcia dziura w chmurze zniknęła zakrywając ponownie dostęp do słońca… I jak tu nie wierzyć w sprawczą moc szczęścia ludzi niezaangażowanych kolejowo? ;) Dość powiedzieć, że kilometr wcześniej zdjęcie robił tata, ale że był sam jeden z aparatem to słońce mu się nie pokazało… DZIEŃ 5 – środa 29 czerwca Spałem smacznie i długo, bo wieczorem poprzedniego dnia musiałem jeszcze wykonać kurs do Warszawy i z powrotem. Wróciłem więc na działkę dość późno i musiałem odespać. Spałem oczywiście na tyle długo, że nie usłyszałem pociągu do Płońska. Dopiero około 9:30 zwlokłem się z wyra, a rodzice powitali mnie słowami „słyszałeś stonkę z węglarami o dziewiątej do Płońska?” Nosz ja pierd… Trzeci dzień pobytu i trzecia zdawka Cargo jadąca na zachód przepadła :( Nie pozostało nic innego jak szybko wtrząchnąć lekkie śniadanie i popędzić do Płońska zanim wyruszy stamtąd skład 4 węglarek co mi umknął poprzedniego dnia. Jako że we wtorek odwiozłem Ankę do Warszawy, musiałem skaptować kogoś innego na towarzysza ganianki żeby mieć słoneczne zdjęcia :) Namówiłem więc tatę, który nie miał nic specjalnie lepszego do roboty na działce ponad leżeniem do góry brzuchem. W Płońsku ze zdziwieniem stwierdziliśmy brak węglarek, które niby jechały o 9 rano. Zamiast nich na stacji pysznił się skład 31 gruszek – a te tu skąd?? W jeszcze większe zdziwienie wprawiła mnie stojąca pod nastawnią wykonawczą SM48-114 :) Bardzo się ucieszyłem z jej obecności, bo to moja ulubiona lokomotywa tej serii. Mam do niej sentyment, ponieważ kilka ładnych lat temu pierwszy raz spotkałem ją wewnątrz hali wachlarzowej na Warszawie Pradze. Była w opłakanym stanie, krótko mówiąc: złom. Było to w czasach, gdy na Pradze była jeszcze obrotnica… Później zupełnym przypadkiem SM48-114 spotkałem w nocy w Pilawie stojącą na torze odstawczym bez silników trakcyjnych. Te leżały na podczepionej do niej platformie. Cholera wie w jakim celu znalazła się ona w Pilawie (może transportowali ją do Dęblina?). Kolejne spotkanie z 114 było najweselsze ze wszystkich, bo napotkałem ją na Odolanach po powrocie z naprawy głównej z ZNTK Bydgoszcz. Nówka sztuka jakże kontrastująca z obrazem nędzy i rozpaczy z Pragi i Pilawy. A teraz widzę ją na swoim terytorium :) Pełne zaskoczenie, ale jakże przyjemne! A swoją drogą to jakim cudem umknął naszej uwadze jej przejazd? Doszedłem do wniosku, że nie mogło być inaczej niż tak, że tarara z gruszkami przyjechała do Płońska w nocy jak za dawnych czasów, natomiast rano pojechała stonka z węglarkami. Tylko gdzie te weglarki?? W zasięgu wzroku nie stwierdziliśmy ich obecności. Do Raciąża nie dałaby rady pojechać i wrócić luzem, tego byłem pewien z analizy czasów pokonywania poszczególnych odcinków. Rozwiązanie było tylko więc jedno, ale aż trudno mi w nie było uwierzyć. Tym bardziej więc niecierpliwiłem się żeby przekonać się o tym naocznie. Wymagało to jednak przemieszczenia się w okolice semafora wjazdowego od strony Nasielska. Tymczasem jednak nie mogliśmy tego uczynić, bo zajęci byliśmy obserwacją manewrów SM42-1031, która podjechała do czterech wagonów. W pierwszym węgla już nie było, natomiast dwa dalsze załadowane były drewnem. Trzeci był próżny. No tak, ale próżny też przyjechał. Wygląda więc na to, że stonka wjeżdża by zabrać tylko jeden wagon, ten po węglu :) I rzeczywiście, zabrała tylko jego, dwa ładowne i jeden jeszcze czekający na załadowanie zostały na miejscu. Stonka następnie wyjechała z wagonem i podczepiła go do Tamary. O rany ale skład: tarara – jeden wagon – stonka. Jakby takie kuriozum miało pojechać do Nasielska to by były foty! Ale nie ma tak dobrze, niestety. Stonka odczepiła się i odjechała na zwrotkę. Zmieniła tor i podjechała do boku tarary. Następnie obie lokomotywy równolegle podjechały do semaforów wyjazdowych. Ale widok! Stonka przemanewrowała się na czoło pociągu i obie lokomotywy wygasiły się. Tuż po manewrach dyżurny zaczął wywoływać „drezyna do Płońska zgłoś się!”. O kurde, znowu drezyna śmiga w Raciąża – trzeba jej wyjechać naprzeciw! Drezyna mimo kilkakrotnego powtórzenia wywołania ani myślała odpowiedzieć dyżurnemu, więc pomyślałem że jest jeszcze dość daleko. Może i była, ale nie doceniłem jej zwinności. Zanim wygrzebałem się z miasta i wyjechałem na drogę do Raciąża, ona już śmignęła przez przejazd przed tarczą ostrzegawczą. Zawróciłem i skierowałem się pod nastawnię dysponującą. Spodziewałem się, że tak jak poprzedniego dnia, tak i dziś drezyna zatrzyma się pod wyjazdowym. Rzeczywiście, stanęła. Przejeżdżając przez przejazd zweryfikowałem od razu podejrzenia względem miejsca postoju zaginionych węglarek. Tata twierdził, że rano jechało ich nie więcej niż dziesięć sztuk. Jako jedyne miejsce ich ukrycia wytypowałem króciutką boczniczkę wychodzącą spod nastawni dysponującej i biegnącą równolegle z torem głównym kilkadziesiąt metrów w stronę semafora wjazdowego od Nasielska. Jest tam brama kolejowa do jakiegoś zakładu z branży budowlanej – betoniarnia jakaś czy coś w tym guście (muszę zerknąć kiedyś na szyld przy bramie dla ciężarówek). Charakterystycznym wyróżnikiem dostrzegalnym bez problemu z szosy bydgoskiej są dwie pomarańczowe wielkie beki, takie niby silosy najprawdopodobniej na cement. Sęk w tym, że na terenie zakładu nie widziałem wagonów od jakiś pięciu albo i więcej lat. Tor zardzewiały był totalnie, porastała go też okazała dżungla. Ale było to jedyne miejsce gdzie mogły się schować poranne węglarki. I rzeczywiście tam były! Co więcej, w osłupienie wprawił mnie wyślizgany na wysoki połysk tor boczniczki! Błyszczał się bardziej niż szyny JSL-ki! Czyli reaktywacja dostaw koleją :))) Ledwo co zajechałem pod nastawnię, a wyszli z niej pasażerowie drezynki, załadowali się do niej i zatrąbili by podać im semafor na wyjazd. Ale szczęście, rety! Dziabnąłem fotkę, wskoczyłem do samochodu i rura w stronę Dalanówka. Drezyna rozpędziła się błyskawicznie, że nie było mowy o strzelaniu jej kilku fotek w różnych motywach. Trzeba było wybrać jeden a dobry, po czym wracać do Płońska na odjazd tarary ze stonką i węglarką. Pędziłem co kosiarka wyskoczy i ledwom co zdążył na peron w Dalanówku. Tata nie zdążył się wygramolić na czas. Mnie się udało się, na dodatek wyszło słoneczko zza białego baranka, więc fotka wyszła miodnie :)) Usatysfakcjonowani wróciliśmy do Płońska, a że było trochę czasu zanim drezyna doskoczy do Nasielska, to pojechaliśmy do miasta załatwić sprawunki. Cały jednak czas pozostawaliśmy na nasłuchu żeby nam niespodzianie pociąg nie uciekł do Nasielska. Po pewnym czasie coś mnie tknęło żeby podjechać na stację sprawdzić jak się sprawy mają. Nawet mówię do taty „a może po prostu dyżurny poda mu semafor i obędzie się bez kłapania dziobami przez radio? Lepiej nie ryzykować, dawaj wracamy na stację”. Już przed przejazdem kolejowym zaniepokoiło mnie niewiele większe od zwyczajowego zagęszczenie samochodów – wyglądało to tak jakby rozjeżdżały się po oczekiwaniu na podniesienie szlabanów. Zapory były wprawdzie w górze ale cała sytuacja nie wyglądała na normalną. Przeczucie mnie nie zawiodło, wjechałem na przejazd i natychmiast stwierdziłem brak pociągu na stacji. Na szczęście rzut oka w drugą stronę uspokoił mnie, bo nie zdążył daleko odjechać. Loki wlokły się toteż zdążyłem je dogonić już w okolicy tarczy. Jeszcze miałem nawet czas żeby się ustawić i z jedną babą się powykłócać. Postanowiłem mianowicie powtórzyć manewr z poprzedniego dnia i zrobić fotkę obyczajową z przydrożnym sprzedawcą owoców. Oczywiście nie tym samym. Pod lupę wziąłem babola sprzedającego czereśnie wprost z maski malucha. Motyw wybrałem bardziej ciasny niż we wtorek, bo i skład nie był imponujący pod względem długości :) Babolowi nie spodobało się jednak, że biorę jej stragan w obiektyw i zaczęła mordę drzeć przez drogę do mnie, że jakim prawem ją fotografuję. Mówię jej, że jedzie pociąg i chcę zrobić mu zdjęcie. Ona na to, że nie mam prawa jej fotografować! Jako że byłem lekko zdenerwowany faktem, że pociąg ruszył bez radiowego uprzedzenia i na dodatek babsztyl podkurwił mnie swoimi żalami, więc odparłem że mało mnie obchodzi co ona sobie życzy a co nie. Na to ona zagroziła, że wezwie policję! Buuuachacha – roześmiałem się na cały głos i rzekłem w te słowa: „a wzywaj sobie – ciekawe ile ci mandatu wlepią za handlowanie na poboczu?” Celny strzał między oczy zamurował ją, schowała się w samochodzie i tyle ją widziałem :) Na spokojnie zrobiłem fotkę, wskoczyłem do samochodu i popędziliśmy dalej. Dzidek stwierdził, że nieźle jej przygadałem. A pewnie! Będzie mi tu jakaś lafirynda w kaszę dmuchać, kurde :) Pociąg ani myślał przyspieszyć, zdążyłem więc zajechać do wsi Siedlin między Płońskiem a Dalanówkiem gdzie na zapomnianym przez boga i ludzi przejeździe kolejowym odnalazłem znak STOP starego typu oraz nie wymieniony kompletnie zardzewiały krzyż św. Andrzeja. Następnie przemieściliśmy się kawałek za Cieksyn w miejsce gdzie tor ze stacji wychodzi lekkim łukiem w stronę Nasielska. Po kilku minutach dało się słyszeć trąbę, ustawiliśmy się więc na motywie i czekamy. Wzdłuż toru biegnie polna droga. Drogą tą zza naszych pleców nadjeżdżał jakiś ziutek na rowerku. Ach, żeby tak akurat chciał wjechać w kadr jak będzie pociąg jechał to by była fota, o luuuudzie! Widząc, że dwóch gości trzyma aparaty i celuje w tor chłop zachował się przytomnie i zatrzymał się przy mnie spytać czy nie będzie nam przeszkadzał jak pojedzie dalej! A pociąg już widać… Jakby teraz chłop ruszył w dalszą drogę to tak na oko powinien się z pociągiem skrzyżować akurat przed moim obiektywem :) Mówię mu więc „niech pan jedzie”. Ale że był lekutko podpity to włączone miał komplikatory wylewnej serdeczności i naszły go wątpliwości: „ale wjadę panom w zdjęcie”. Kurna facet – myślę sobie – nie miałeś kiedy roztrząsać dylematów moralnych? Jedź do ciężkiej cholery, właśnie fajne zdjęcie będę miał z motywem ludzkim jak wjedziesz! A pociąg już tuż tuż… W przypływie desperacji krzyknąłem więc „JEDŹ PAN!” tonem nie znoszącym sprzeciwu ;) Rozwiało to definitywnie jego wątpliwości dając bodziec do działania. Ruszył i ze dwa-trzy metry od obiektywu „spotkał” się z pociągiem! YEEES, o to chodziło :))) Następne spotkanie z kuriozalnym pociągiem wypadło nam przy tarczy do Nasielska. Korzystając z nikczemnej długości składu cyknąłem fotkę stojąc prostopadle do nasypu, po czym zawinęliśmy na stację. Widok wagonów towarowych stojących samopas w Nasielsku jest coraz rzadszy… Jeszcze nie tak dawno temu większość torów postojowych była zajęta wagonami różnej maści. Można tylko było zgadywać które wagony przeznaczone są do Płońska, które do Raciąża a które do Warszawy tudzież w stronę Gdańska. Można też było chyłkiem przemykać pomiędzy wagonami czytając listy na wagonach upewniając się w podejrzeniach umykając przed czujnym wzrokiem SOKistów ;) Teraz jednak kiedy nie zajadę na stację nadkładając trochę drogi na działkę to oczy aż bolą od pustki na torach… Teraz jednak wyjątkowo stały AŻ dwa krótkie składy wagonów, święto jakie czy co? ;) Do jednego z nich liczącego 5 wagoników przemanewrował się nasz pociąg i po niedługim czasie ruszył do Nowego Dworu. Przez radio usłyszeliśmy, że po drodze dobierze jeszcze jeden wagon w Modlinie. Znaczy pociąg zbiorowy pełną gębą! :) Strzeliliśmy mu pożegnalne fotki i już mieliśmy zabierać się do domu gdy wtem zaskrzeczało w radiu „151481 do Nasielska, proszę semafor na wjazd”. O kurde, ten numer dobrze zdążył wryć mi się w pamięć – jedzie „węglarz” do Raciąża! Dzidek jęknął, bo już wiedział, że nieprędko wrócimy do domu he he. Na jego szczęście a moje nieszczęście niebo coraz bardziej zaciągało się chmurami, zerwał się też zimny wicher. Na pocieszenie powiedziałem mu, że odprowadzimy go tylko do Płońska. Chciałem bowiem zrobić zdjęcie pociągu mijającego semafor wjazdowy i wagonów na terenie tej betoniarni. Pierwsze zdjęcie węglarza popełniłem na wjeździe do Nasielska skuszony faktem, że pierwszy raz widziałem jedną lokomotywę na czele, a drugą na popychu. Do tej pory węglarz zawsze jechał w podwójnej atrakcji. Nie zmienił się tylko duet lokomotyw TEM2-030 + 152. Pomyślałem, że może popych (152) to tak tylko na okoliczność jazdy newralgiczną magistralą gdańską, a w Nasielsku przemanewruje się na czoło? Ale nie, pociąg zatrzymał się tylko żeby zabrać rozkaz i ruszył szybko w dalszą drogę. Pogoda psuła się coraz bardziej, a że bez słońca to szkoda tracić slajdy, więc fotkę w Ruszkowie pociągu wchodzącego w łuczek przed przejazdem drogi do Malczyna cyknąłem na negatywie z aparatu taty. Wyszła bardzo ładnie jak na słabe warunki oświetleniowe. W Płońsku zrobiłem opisane wyżej zdjątko i wróciliśmy do domu po dniu pełnym wrażeń. Zainstalowałem na werandzie aparaturę nasłuchową i zatopiłem się w „Monografii”. Około 16:30 zgłosił się do Płońska wracający „węglarz”, że jest pod tarczą i można dyktować rozkaz na wjazd. Co ciekawe, nie doczekał się odpowiedzi z nastawni wykonawczej. Bezskutecznie ponawiał próby, więc domyśliłem się że musiał się zatrzymać pod wjazdowym. Po kilku minutach nastawnia wykonawcza sama się do niego zgłosiła pytając czy dyktować rozkaz. Wywiązała się taka mniej więcej gadka: - no już tu z 10 minut stoimy i czekamy… - 10 to nieee, widziałem was jak jechałem autobusem kilka minut temu - no dobra, to 8 minut… Słaaabo? Nastawniczy jechał sobie do roboty autobusem i się spóźnił. A pociąg, który miał wpuścić na stację widział z okna PKS-u! Ja walę, co za paranoja… Po tej wymianie zdań podyktował rozkaz zezwalający na przejechanie semafora wjazdowego. Po pół godzinie pociąg dotarł na działkę, a po dalszych 22 minutach zgłosił się pod wjazdowym do Nasielska. Lotos tego dnia nie pojechał. DZIEŃ 6 – czwartek 30 czerwca Pojechał natomiast w czwartek budząc mnie bladym świtem równo o godzinie 4. Nie chciało mi się jednak zwlec z łóżka żeby sprawdzić jaka lokomotywa go prowadzi :) Obudziłem się dość późno, ale i tak nie miałem zamiaru jechać do Nasielska żeby po raz czwarty z rzędu nie rozminąć się z pociągiem. Zamiast tego od razu pojechałem do Płońska pilnować trzech wagonów. Gdy zajechałem trzeci wagon wczoraj pusty dziś już stał załadowany palikami drzew. Kilka minut po 10 dzwonią rodzice z wiadomością, że przejechała stonka z kilkoma węglarkami. Oho, jedzie kolejny towar do betoniarni! Szybko się zmyłem z Płońska i wyjechałem mu naprzeciw. Dorwałem do jeszcze przed Dalanówkiem, bo wlókł się strasznie wolno, góra 20 km/h. Prowadziła dobra znajoma z poprzednich dni 1031. Na niektórych wagonach (skład liczył ich tylko 9) zauważyłem małe żółte naklejki, na których było napisane – o ile dobrze pamiętam (nie od razu zanotowałem sobie) – siarczan amonu. Nie wiem tylko czy to z aktualnego transportu czy też może pozostałość z poprzedniego? Ale po co siarczan amonu betoniarni tudzież innemu zakładowi wykorzystującemu cement na szeroką skalę? Żwir to rozumiem, ale siarczan amonu…? Przed Płońskiem dziabnąłem dwa zdjęcia panoramiczne z drogi gdańskiej i pojechałem na stację przekonać się czy rzeczywiście węglarki jadą do tej niby-betoniarni czy też może kolejne wagony podstawione zostaną pod załadunek drewna? Na moje szczęście prawdziwy okazał się pierwszy wariant. Pociąg zatrzymał się zaraz po wjechaniu z toru głównego zasadniczego na tor dodatkowy nr 4. Z lokomotywy wyszedł ustawiacz i poszedł odblokować wykolejnicę blokującą wjazd na boczniczkę, czyli tor nr 6. Ucieszyłem się bardzo, ponieważ na kilkadziesiąt dotychczasowych wizyt w Płońsku ani razu nie widziałem wstawiania wagonów na teren tego zakładu! Miałem więc za chwilę nadrobić zaległość, której szczerze mówiąc nie spodziewałem się nigdy nadrobić. Już po chwili przełożono zwrotnicę, zamknięto szlabany i pociąg zaczął powolutku cofać zarośniętym torem. Koleś jadący na stopniu ostatniego wagonu przejeżdżając koło mnie zagadnął do mnie przyjaźnie „ale masz pan zdrowie tak za nami jeździć” (pewnie jeździł też w poprzednie dni z gruszkami i kojarzył srebrne cinquecento). „Takie hobby mam a i czasu dużo, bo wakacje” odparłem i obaj zaśmialiśmy się :) Strzelając kolejne fotki szedłem za lokomotywą. Gdy zjechała z przejazdu dyżurny podniósł „wrota” i zagadał do lokomotywy „o, idzie za wami ten nasz fotograf hehehe” :-D Sympatyczni ludzie! Ciekawie wyglądają manewry na terenie zakładu, więc opiszę je pokrótce. Są tam dwa tory. Pociąg najpierw wjeżdża powoli na tor zajęty przez rozładowane poprzedniego dnia wagony i podczepia je do ładownych. Cały ten majdan wyciąga z powrotem na bocznicę. Po przejechaniu zwrotnicy zatrzymuje się i po jej przerzuceniu wpycha próżne na drugi tor. Tam je zostawia, znów wyjeżdża na bocznicę tylko z ładownymi. Znów przerzucana jest zwrotnica i wpycha je na tor wcześniej zajęty przez wagony próżne. Pracownicy zakładu otwierają drzwi węglarek i zaczynają rozładunek. Stonka luzem wyjeżdża na bocznicę, ponownie przerzucana jest zwrotnica, lok podjeżdża po próżne wagony, które następnie wyciąga na stację z „rejonu”, jak to określił mechanik. Cała operacja zajmuje 15 minut. Potem stonka odczepiła się i pojechała po 3 węglarki z drewnem stojące przy placu ładunkowym. Wróciła i podczepiła do 8 wagonów z betoniarni. No, myślę sobie teraz zmieni tor i podczepi się do 11 wagonów z drugiej strony, potem próba i pojadą do Nasielska. Jakież więc było moje zdziwienie gdy zamiast tego podjechała do 31 opróżnionych gruszek i podczepiła je do węglarek. Osz w mordę – jedna stoneczka z 42 wagonami? Odważnie! Znacznie krótsze składy widziałem z dwoma lokomotywami… Po jakimś czasie stonka zgłosiła gotowość do odjazdu, dyżurny zamknął wrota i podał wyjazd. Sfociłem węża wijącego się na dwóch zwrotnicach z kładki nad torami i ruszyłem w pogoń. Wysilać się nie musiałem, bo stonka ledwo dawała radę, ciągnęła się niesamowicie woooolnoooo. Nawet dobrze, bo mogłem na dłuższym czasie ją fotografować, co było mi na rękę jako że parameter był dość nikczemny (proste, bo nikt mi towarzyszyć nie mógł, więc na nadmiar słońca nie mogłem narzekać…). Fotki dziabnąłem na łuczku między Siedlinem a żwirownią w Dalanówku, potem na peronie w Cieksynie z kompletnie zardzewiałą tablicą z nazwą przystanku, następnie w Ruszkowie z przejazdu żwirówki do Malczyna (tu jest lekki podjazd pod górkę i myślałem, że stonka nie da rady podjechać. Dała, ale ostatkiem sił), a ostatnie zdjęcie strzeliłem jej od dupy strony jak minęła tarczę do Nasielska. Zajechałem tradycyjnie na stację sprawdzić jak sytuacja wygląda. Wyglądała bardzo obiecująco, bowiem na zwolnienie szlaku czekał już Lotos ponownie z czerwonym Gagarinem! W pierwszej chwili chciałem go sfotografować z okna zrujnowanej lokomotywowni, ale jak na złość akurat gdy nie trzeba to wyszło słońce i świeciło centralnie w obiektyw. Zrezygnowałem więc z tego miejsca i pojechałem na szlak. Ustawiłem się na wyjeździe z łuku na prostą za tarczą. Jak trzeba było to słońce oczywiście zaszło… Zdjęcia więc nie zrobiłem, bo tak po prawdzie to już trochę fotek w tym miejscu popełniłem ;) Więc sobie tylko popatrzyłem na wolno sunącego M62-0689, do którego podczepiona była niebieska TEM2-128, dalej beczki i na końca jak zwykle żółta SM42, tym razem o numerze 2053. Lekko poirytowany postanowiłem spróbować ponownie szczęścia ze słońcem przed Wkrą. Stanąłem w łagodnym łuczku tuż tuż przed wjazdem na stację, między peronami a wskaźnikiem W16 wskazującym że w odległości drogi hamowania znajduje się przystanek osobowy. Zrobiłem fotkę ale tak od niechcenia, bo oczywiście bez słońca :( Postanowiłem sobie, że więcej nie marnuję zdjęć na pochmurne motywy. Dlatego też kolejne zdjęcie popełniłem dopiero w Baboszewie, gdzie łaskawie słoneczko na chwilę wyszło zza chmur. Ale i tak nie byłem nim usatysfakcjonowany, bo zdjęcie zrobiłem na wariata ledwo zdążywszy wyskoczyć z samochodu. Wkurwiony już na maksa tym niefartem postanowiłem, że „kurwa, zrobię mu porządne zdjęcia choćbym miał do samego Sierpca albo i dalej za nim jechać”. Na szczęście udało się wcześniej :) Najpierw przed Raciążem na „łuku bociana” i kawałek za Raciążem w Kraszewie Gaczułtach. Tu wymieniliśmy z mechanikiem grzecznościowe pozdrowienia i wróciłem na działkę. DZIEŃ 7 – piątek 1 lipca Jeszcze zanim na dobre wstałem to już wiedziałem, że po południu będzie jechał Lotos. Obudził mnie bowiem o 4:50 poranny jego kurs w stronę Warszawy :) Rano pojechałem do Nasielska zobaczyć czy nie ma czasem jakiegoś składu do Płońska. Była sama stonka 091. Dobrze, że wreszcie jakaś inna, bo 1031 już mi się przejadła. Mechanika nie było w kabinie, co wróżyło dłuższy czas oczekiwania na jakąś akcję. W ramach marnowania czasu pojechałem do miasta po sprawunki, po czym wróciłem na stację, zaparkowałem w cieniu drzewa i czekałem czytając książkę. Po jakimś czasie zjawił się maszynista, lecz nie wyglądało na to żeby miał zamiar odpalać maszynę. Dopiero o 11:50 z Warszawy przyjechał ET22-1065 z 14 węglarkami na haku i stanął pod wyjazdowym. Odczepił się i luzem uciekł skąd przybył. Odpaliła natomiast stonka i przemanewrowała się na miejsce byka. Dobra, wreszcie odprowadzę zdawkę od samego Nasielska! :) Usadowiłem się więc w tym samym miejscu gdzie poprzedniego dnia nie zrobiłem zdjęcia Lotosowi i czekam. Co jakiś czas ze stacji słychać trąbę stonki ale coś nie spieszy się jej jechać do Płońska. Kiego cholery? W końcu jest, ale zaraz… jadą w podwójnej atrakcji! Skąd ta druga, przecież nie było jej w Nasielsku… Widać winowajcą dochodzącego ze stacji trąbienia była wjeżdżająca skądś a następnie manewrująca druga stonka. Oczywiście stara znajoma 1031 :-| Strzeliłem fotkę mimo – jakże by inaczej – braku słońca (jak siedziałem wcześniej kilka godzin na stacji to ani na chwilę nie zaszło…) i pojechałem dalej. Strzeliłem je na łuczku między Krępicą a Dalanówkiem, potem przy czerwonym traktorze i pognałem na stację w Płońsku. Tym razem bowiem chciałem zrobić zdjęcie z kładki nad torami jak pociąg będzie się wił wjeżdżając po dwóch zwrotkach. Pięknie to wszystko wyglądało więc nakręciłem kilkuklatkowy film krótkometrażowy :))) Podobnie jak poprzedniego dnia pociąg zaraz zaczął wpychać wagony na boczniczkę. Zszedłem następnie na dół i sfociłem powrót stonek na stację z próżnymi węglarkami. Gdy turlały się koło mnie mechanik z drugiej stonki (091) krzyknął do mnie wrogim tonem czy mam pozwolenie na fotografowanie… Oho, jakiś niedorobiony kolo :( Mówię, więc że od ponad 10 lat nie trzeba mieć. On na to, żebym się stąd zabierał z terenu kolejowego. Niby racja, zgodnie z posranymi przepisami nie powinno mnie tu być. Ale czy nie można powiedzieć tego grzecznie?? Nie, gość swoją frustrację życiową musiał wyrazić dosadnie. Gdyby otworzył oczy zobaczyłby, że teren stacji przecina kilka ścieżek wydeptanych przez pieszych – przecież nikt zdrowy na umyśle nie będzie przechodził kładką gdy ruchu pociągów praktycznie nie ma. Niech więc nie rozśmiesza argumentem o przebywaniu na terenie kolejowym. Zresztą, nawet gdyby ktoś chciał przejść kładką to ryzykuje skaleczeniem nóg, schody prowadzące bowiem na górę usłane są rozbitym szkłem setek (!) butelek po piwie i wódce! Olałem więc go i podjechałem pod kładkę schować się w cieniu by poczekać tam na odjazd pociągu. Wtem słyszę przez radio jak ten skurwiel mówi do nastawni: - Hej, dyżurny – wjechał tu samochodem jakiś facet i łazi z aparatem po międzytorzu. Zadzwoń pan po SOKistów albo policję, niech przyjadą i wpierdolą (tak powiedział!) mu z 500 złoty to się nauczy! Ach ty cieciu pierdolony, myślę sobie – co ci chuju zrobiłem że taki mściwy jesteś, złamasie? Aż mną ze złości zatrzęsło! Jakże to przeciwstawna postawa wobec mechanika, z którym gadałem przyjacielsko w poniedziałek będąc jeszcze głębiej na terenie kolejowym, bo aż pod samą nastawnią wykonawczą. Na szczęście dyżurny okazał się ludzkim człowiekiem (pewnie widział mnie w poprzednich dniach i wiedział kto ja zacz) i odpowiedział mu wykrętnie, że: - eee to trzeba by do Torunia dzwonić… Rozumiem go, że nie kazał po prostu spadać na drzewo nadgorliwemu służbiście, wiadomo czy by taki skargi na niego nie złożył…? Krew mnie jednak i tak zalała, że niewiele brakowało abym odblokował nadawanie w radiotelefonie i nawtykał od kurew temu skurwysynowi gdy manewrując przejeżdżał koło mnie! Ale patrzę a ta menda… spisuje moje numery rejestracyjne!!! Wyobrażacie sobie jaka chujoza? Dobrze, że nie skusiłem się i nie odblokowałem radia, po czymś takim to faktycznie miałbym przesrane… Zacząłem go podejrzewać że z czystej zawiści zadzwoni na policję z komórki, bo nie posłuchałem jego rozkazu „zabrania się stąd”. Kilka lat temu mieliśmy już taką przygodę z Jaroszem i Wojtasem jak mechanik z gagarina na Okęciu zadzwonił z prywatnego telefonu na policję, że kradniemy węgiel! Policja przyjechała Transitem nas zwinąć na bombach! Wyglądało to paskudnie, ale ponieważ wszyscy byliśmy w pomarańczowych kamizelkach, gliniarze wzięli nas za kolejarzy hihihi :) Wyjaśniliśmy że nie jesteśmy złodziejami, dla zasady tylko musiałem otworzyć bagażnik kosiarki by mogli się naocznie przekonać, że nie schowałem w nim wagonu z węglem, i pojechali przebąkując czy czasem nie pociągnąć maszynisty do odpowiedzialności za nieuzasadnione wezwanie. Także skurwieli na świecie nie brakuje, a nie miałem ochoty tłumaczyć się glinom z obecności na terenie kolejowym (cóż za dumna nazwa dla tej dżungli) i stracić tym samym sposobność cykania zdjęć pociągowi do Nasielska. Na moje nieszczęście tego dnia w Płońsku jakiś festyn był czy coś, tak więc w mieście roiło się od psów. Szybko by więc mogli po mnie przyjechać gdyby ta kurwa ze stonki zdecydowała się zadzwonić. Wolałem więc nie ryzykować i z bólem serca odjechałem kawałek przed stację rezygnując z cyknięcia fotki krzyżujących się dwóch towarów. Oto bowiem jeszcze gdy stonki manewrowały dyżurny rzucił w eter pytanie „Lotos daleko jesteście od Płońska?”. „Przed Dalanówkiem” – padła odpowiedź. Upewniwszy się, że jest jeszcze dość daleko, dyżurny zezwolił na wyjazd stonek na – no jakby nie patrzeć – zajęty szlak (widać nie tylko ja nagiąłem tego dnia prawo) celem przemanewrowania ich na początek składu węglarek. Kurwa, przez tego ciecia jebanego straciłem sposobność sfocenia mijanki towarów… Bodaj by go szlag trafił! Na Lotosa ustawiłem się na łuczku przed tarczą tak aby w oddali kadru mieć wiadukt szosy gdańskiej a na pierwszym planie pociąg jadący po łuku. Bleee znowu rumuństwo :( Za 060DA-6123 jechała SM42-2223 z krótkim składem, bez trzeciej lokomotywy na końcu. Po zwolnieniu szlaku ruszyły stonki Cargo, które strzeliłem wyłaniające się zza węglarek stojących na boczniczce betoniarni. Potem jeszcze podjechałem do Dalanówka dziabnąć je z dołem żwirowni i dałem sobie spokój. Wkurzony byłem i wolałem się piwa na werandzie napić niż ganiać jakiegoś chuja złamanego. DZIEŃ 8 – sobota 2 lipca Z tym piwem to trochę przedobrzyłem, bo nie obudził mnie Lotos wczesnym świtem :) Za to z samego rana przyszedł SMS od Jeżyka z zapytaniem czy w niedziele jest szansa pofocić jakiegoś towara na JSL? Zgodnie z prawdą odpisałem, że co najwyżej węglarza, a na inne nie ma najmniejszych szans. I tak od słowa do słowa, i za dwie godziny Pan Marek zjawił się u mnie :))) Już wiedziałem, że to będzie najlepszy dzień jeśli chodzi o słoneczne zdjęcia! Jeżyk bowiem nie ma konkurencji jeśli idzie o czarowanie pogody! Piwo leje się szerokim strumieniem, więc nie ma bata żeby jakieś chmurzyska śmiały zasłaniać słońce w kluczowych momentach!! Tak było oczywiście i tym razem, bo inaczej po prostu być nie mogło :))) Zanim jednak Pan Marek zajechał Transitem na rancho, kilkadziesiąt minut wcześniej przejechał węglarz do Raciąża o rozkładowej godzinie 10:30. Zjawił się co prawda niezapowiedziany przez radio, ale że miałem rower pościgowy przygotowany więc jak tylko usłyszałem trąbienie, natentychmiast popedałowałem do toru i popełniłem stosowną fotkę. Co prawda lekutko pod słońce (bardziej z boku niż pod), ale wyszła zaskakująco dobrze. Myślałem że czoło loka będzie czarne, ale wyszło bardzo sikalafąą ;) Jakieś pół godziny potem przyjechał Jeżyk. Wszamaliśmy na śniadanie jajecznicę i kosiarką ruszyliśmy co prędzej do Raciąża na powrót węglarza. Zdążyliśmy wręcz idealnie! Ledwo co podjechałem na motyw na wyjeździe między tarczą a semaforem wjazdowym i usłyszeliśmy że rusza. Szybko skręciliśmy trelemorele i poooszły pierwsze foty za płoty :) Jeżyk trochę marudził, że spaprał zdjęcie (nie wiem, nie widziałem odbitki), lecz jak go znam to i tak wyszły mu mniooody :-D Następne miejsce to wyjście z łuczku bociana przed przystankiem w Kaczorowie – bardzo zacne miejsce, barrrdzo! Kolejny fotoskop w Baboszewie. Ja władowałem się do wnętrza zrujnowanej nastawni wykonawczej Bo1 i zrobiłem zdjęcie przez dziurę po wywalonych oknach razem z framugami, zaś Jeżyk wspiął się na słup oświetleniowy przy placu składowym na buraki cukrowe. Skład pomykał całkiem chyżo, ale złapaliśmy go bez problemu przed tarczą ostrzegawczą do Płońska. Jeżyk stanął na przejeździe jeszcze przed nią, bo jest lepszy widok na łuczek, a ja – ponieważ już tam kiedyś robiłem zdjęcie innego składu – to podjechałem kilkadziesiąt metrów dalej i dziabnąłem fotkę pociągu mijającego tarczę. Potem niestety trzeba się było przebić przez miasto, ale dogoniłem go dość szybko, bo na wysokości wsi Krępica, to jest pomiędzy przystankami Dalanówek i Wkra. Tu akurat droga żwirowa a potem asfaltowa biegnie niedaleko toru, więc nie było problemu ze złapaniem go kolejny raz już za Wkrą z przejazdu drogi Wrona – Joniec. Potem niestety droga oddala się dość znacznie od toru i trzeba sporo nadkładać. Dlatego też ponownie spotkaliśmy się z pociągiem w Ruszkowie. Zrezygnowaliśmy jednak z fotek, bo jeden jedyny raz słoneczko zaszło za małą chmurkę. Ale wyszło na wjeździe do Nasielska. Jeżyk chciał dziabnąć fotkę z góry, z wiaty dla kibli na torach odstawczych. Ja natomiast wybrałem motyw z semaforem wjazdowym. Jeżyk jednak zrezygnował, bo jak mi potem powiedział, wszystko zarosło krzunami w pizdu i nic pociągu nie widać. Wjazdowy też wcale niezłą dżunglą porósł, ale jednak coś udało się wyrzeźbić. Na „do widzenia” popełniliśmy jeszcze po fotce na wyjeździe z Nasielska z nastawnią i pojechaliśmy do sklepu uzupełnić zapas „czarów”. Wróciliśmy niedługo i stanęliśmy w cieniu by dać odpocząć kosiarce. Nie dane jej jednak było długo łapać oddechu, bo już po chwili zamknęły się rogatki jako że zbliżał się bliżej niezidentyfikowany pociąg. Im bliżej nas tym mniejsze mieliśmy pojęcie co to za cudak jedzie. Najpierw myślałem, że to siódemka z pospiesznym tudzież dłuższym expressem albo TLK. Po chwili wydało się, że to jakieś krótkie brutto, z chyba niebieskim kantem… Koniec końców oczom naszym ukazał się niebieski – owszem – lecz nie kant tylko rumun z Lotosem! O w mordę, niebieski rumun?! Wszystko rozumiem, lecz czemu niebieski, przecież barwy firmowe są żółte i żadne inne! Tu dygresja: po powrocie do Warszawy sprawa się wyjaśniła. Otóż, okazało się, że Lotos dogadał się ze Szczakową i wymienią się lokomotywami. Lotos odda gagariny (chlip chliiiip) Szczakowej, zaś ta przekaże rumuńskie bałagany. Z punktu widzenia logiki zarządzania flotą transportową jest to dla obu firm transakcja bardzo korzystna, bowiem nie będą musiały serwisować dwóch serii maszyn, a tylko jedną. Każda swoją. Spadną więc koszty utrzymania taboru, wzrosną natomiast zyski. Ja wszystko rozumiem, lecz czy nie mogło być odwrotnie? Znaczy żeby Lotos wziął gagary…? Ech, całe szczęście, że nie odkładałem focenia żółtych gagarów na później, lecz natrzaskałem im fotek co nie miara! :) Skład istotnie nie był imponujący, bo tylko 15 beczek – nic więc dziwnego, że ulegliśmy złudzeniu iż to dłuższy pasażer, wszak beczka krótsza od wagonu osobowego ;) Mimo że był krótki to i tak miał trzy lokomotywy w składzie. Za pierdziwką jechała TEM2-129 również niebieska, a na końcu składu żółta SM42-2053. Pierwsze fotki tradycyjnie na wyjeździe po łuku na nasypie, już za tarczą. Skład tu się wlecze nie szybciej niż 10 km/h, bo na mini-wiadukciku jest ograniczenie prędkości dla całego składu pociągu odkąd sięgam pamięcią. A sięgam jakieś 18-20 lat wstecz… Strzeliliśmy fotki, wsiedliśmy do kosiarki i kawałek jechaliśmy równo z lokomotywami, bo polną dróżką musiałem dostać się do drogi asfaltowej. W pewnym momencie zrównaliśmy się z tararą, której przyjazny mechanik… zagadał Jeżyka, mówiąc że: - w poniedziałek pojedzie fajny skład - jaki? - Gagarin z rumunem, oba żółte! - Dziękujemy bardzo!!! Słaby kolo? Proszę bardzo, jednak wszystko zależy od człowieka… Jak ktoś chce to może być uprzejmy dla drugiego, a nie od razu wzywać SOK żeby wpierdolić pięćset złotych, żeby się „nauczył”… Jeszcze NIGDY – a z prywaciarzami na JSL-ce mam często do czynienia – nie spotkałem się z wrogością ze strony mechaników Lotosa czy też węglarza. Zawsze mili, uśmiechnięci, pozdrawiają machaniem i koncertowaniem trąbami, chętnie odpowiadają na pytania… Podejrzewam, że może mają taki prikaz z góry, żeby być uprzejmym dla osób trzecich, wszak każdy pracownik powinien obowiązkowo uczestniczyć w kształtowaniu pozytywnego wizerunku firmy go zatrudniającej. Taaak, ta miła dla ucha teoria nie sprawdza się chyba tylko w nadal państwowych (niestety) spółkach z grupy Pe-Ka-Pe… No, dość tych refleksji, wracajmy do relacji. Korzystając z niewielkiej prędkości składu oraz pięknego słoneczka strzelamy kolejne fotki w: Ruszkowie na łuczku; przed Krępicą; przed Płońskiem z boku z szosy gdańskiej (tylko Jeżyk); w Baboszewie (Marek z semaforami wyjazdowymi, ja z ruiną nastawni Bo1); przed Raciążem na łuczku z bocianem; za Raciążem w Kraszewie-Gaczułtach; za Zawidzem (tylko Jeżyk) i o 17 wjazd do Sierpca przy czerwonawej nastawni wykonawczej Sc1. Pociąg został skierowany na tor nr 6, czyli ten między nastawnią dysponującą Sc a drogą biegnącą wzdłuż stacji, zatrzymał się i lokomotywy prowadzące wygasiły się. Natomiast odczepiła się stonka z końca składu i odjechała w stronę nastawni dysponującej. Już wiedziałem co się święci :) Z doświadczenia domyśliłem się, że będą czekać na przyjazd towara z Płocka. Podczas wizyty w Sierpcu 14 maja Lotos również czekał na pociąg z Orlenu. Jeżyk zagadał przechodzącego akurat kolejarza, który potwierdził te przypuszczenia, więc udaliśmy się w okolice semaforów wjazdowych z Płocka i Nasielska. Zamiast jednak pociągu zjawiła się rumuńska pierdziawa luzem. Jeżyk ją sobie sfocił, po czym wiedząc, że nasz zasadniczy cel dopiero teraz najwcześniej mógł ruszyć z Płocka, postanowiliśmy wyjechać mu naprzeciw. Zamierzaliśmy wylądować w Susku, ale że tej linii nie znam tak dobrze (traktuję ją jak trochę dłuższą odnogę JSL-ki he he he) toteż przejechaliśmy niepostrzeżenie zjazd na przystanek w Susku i zajechaliśmy aż do Gozdowa. Podejrzewaliśmy, że mogliśmy się rozminąć z pociągiem, toteż zagadaliśmy gościa na działce tuż za dawnym przystankiem osobowym, który na szczęście rozwiał nasze wątpliwości mówiąc, że ostatni pociąg przejechał jakieś trzy godziny temu (nie usłyszał rumuna luzem…). Cofnęliśmy się na kompletnie zarośnięty peron sprawdzić czy da się tam cyknąć fotkę. Nie dało się. Zmieniliśmy więc ponownie miejsce, bo Jeżykowi przypomniało się, że przed kilku laty focił skład z Płocka przez Gozdowem z góry zaczynającego się przed przystankiem dość głębokiego przekopu. Podjechaliśmy tam i rzeczywiście – piękne miejsce! Więcej nam nie trzeba było, przeszliśmy na drugą stronę tak by mieć słońce za plecami. Miałem się nawet wrócić i przemanewrować kosiarkę na naszą stronę, bo dróżki biegną na obu skrajach przekopu, lecz nie zdążyłem, bo już w hen hen oddali dało się zauważyć pociąg. Nie był to niestety czerwony gagarin, na którego napalił się Pan Marek, lecz tarara. SZARA! No luuuudzie – znów inny kolor :) Była już zielona, niebieska, żółta a teraz szara. Jeszcze tylko czerwonej do szczęścia brakuje, a wiem że Orlen ma tarary w takim malowaniu ;) Szara TEM2-290 na haku miała 28 beczek w kolorze… szarym :) Szybka była franca – nie zdążyliśmy jej dognać przed Sierpcem, choć wyciskałem z kosiarki siódme poty. Zdziwiło nas, że nic w radiu nie słyszeliśmy… Zagadka wyjaśniła się szybko po rzucie oka na mapę, na której mam pozaznaczane kanały komunikacji kolejowej. Przecież do cholery Płock – Sierpc – Brodnica jest na kanale 4, a nie 5 jak mieliśmy nastawione radia na kanał obowiązujący na Nasielsk – Toruń. Jedno radio nastawiliśmy na 4, drugie na 5. Dopiero wtedy usłyszeliśmy gadkę z tararą. Brutto z Płocka wjechało na tor przy szopie, czyli biegunowo odległy od tego, na którym stał Lotos. Dyżurny stwierdził rozsądnie, że skoro Lotos jest krótszy niż towar z Płocka, to niech Lotos się przemanewruje i dołączy do szarych beczek. Słysząc co się kroi zaczekaliśmy najpierw na manewry tarary, która odczepiła się od składu i przemanewrowała luzem na tor styczny do tego, na którym stał Rumun, a następnie podjechaliśmy w okolice semaforów wjazdowych od Torunia. Lotos musiał wyjechać za niego by zmienić tor i cofnąć pod szare beki. Tu drobna rada: nie wjeżdżajcie na tył sklepu spożywczego znajdującego się nieopodal. Właścicielowi bardzo nie spodobało się, że za zapakowaliśmy na chwilę na poboczu i wyleciał z mordą, że teren prywatny! Kurna, skąd mam to niby wiedzieć skoro nie ma ogrodzenia i stosownej tabliczki? Ot dróżka jak każda inna, cholera. Poprosiłem żeby dał nam chwilę na zrobienie zdjęcia i potem możemy dyskutować. Spłynął. Zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do kosiarki. Już myślałem, że sklepikarz dał sobie spokój, ale nie doceniłem wsiowego pieniactwa. W drzwiach pojawił się inny kolo – szerszy w barach niż wyższy i wypowiedział cztery słowa „nie wjeżdżajcie tu więcej”. Widok jego sprawił, że nie miałem zamiaru z nim dyskutować, natomiast Jeżyk rozochocony wchłoniętymi „czarami” skłonny chyba był uciąć sobie z nim mało przyjacielską pogawędkę. Pomysł był taki, że pójdzie kupić kolejne puszki „czarów” a ja miałem czekać z otwartymi drzwiami celem błyskawicznej ewakuacji. Brzmiało nawet zachęcająco, jednak się nie skusiłem i czym prędzej odjechaliśmy z niegościnnego miejsca :))) Ale tylko kawałek tak by móc objąć wyjeżdżający skład torem do Brodnicy, semafory wjazdowe, nastawnię wykonawczą Sc2 i szopę po lewej w tle. Znów jednak musieliśmy wjechać w jakąś nieoznakowaną dróżkę licząc się z tym, że zaraz wyskoczy z ryjem rzekomy właściciel tejże. Skończyło się jednak tylko na obszczekaniu nas przez psy :) Rozwaliliśmy się na górze przekopu i czekamy. Czekamy czekamy i nic… A słońce coraz niżej, parameter się pogarsza :-| Kurna, jedźże wreszcie! Gorszego momentu sobie nie mógł wybrać, kurde. Akurat jak na moment zaszło słońce – FUCK! Mnie pewnie wyjdą szaro-bure zdjęcia (zrobiłem dwa – najpierw z maksymalnego rozciągnięcia zooma, potem bliżej), a Jeżykowi w ogóle tylko jedno, bo na dziabnięcie drugiego – filmu nie starczyło, ku@^#^#% mać! Cóż, na koniec musieliśmy przełknąć gorzkie pigułki porażki… :( Generalnie jednak, z dzisiejszej perspektywy oceniam ten dzień jako najbardziej udany focicznie w ciągu całego urlopu. Nie mam wątpliwości, że jest to całkowitą zasługą Naczelnego Szamana Delegatury!!! Także dzięki WIELKIE, Stary :))) DZIEŃ 9 – niedziela 3 lipca Niedziela to – jak już wspomniałem – dzień, w którym na JSL-ce pojawić się może co najwyżej węglarz. Obudziliśmy się raniutko, nastawiliśmy aparaturę nasłuchową na kanał 1 i… nic do godziny 11 nie usłyszeliśmy. Węglarz jechał w sobotę i nic nie wskazywało na to żeby miał pojechać następnego dnia. Po południu więc pożegnaliśmy się z Jeżykiem, który pojechał do domu zahaczając o Nasielsk by zabić czas foceniem elektryków na linii gdańskiej, a ja co mogłem zrobić innego jak zatonąć w przepastnej „Monografii”… Nic nie jechało tego dnia. DZIEŃ 10 – poniedziałek 4 lipca Z niedzieli na poniedziałek poszedłem spać z mocnym postanowieniem obudzenia się skoro świt by przekonać się czy mechanik tamary z Lotosa sprzedał nam dobrą informację, że pierwszego dnia nowego tygodnia pojadą żółte rumun i gagarin. Około 4:30 obudziło mnie skrzeczące radio – dyżurny z Płońska dyktuje rozkaz Lotosowi! Miałem przygotowany rower, by podjechać do toru, dziabnąć jedną fotkę i wrócić do ciepłego łózia, lecz jakoś nie chciało mi się z niego zwlec. W końcu jak się przemogłem to było za późno ;) Nie zdążyłbym. Także tylko z okna sobie obejrzałem, że istotnie – mechanik mówił prawdę: pojechały rumun i gagarin, oba żółte! Prowadziło barachło – bardzo dobrze, myślę sobie – bo w drodze powrotnej na czele pojedzie gagarin :) Rano do śniadania o 10:15 śmignął prawie zgodnie z rozkładem węglarz do Raciąża. Mam już jednak tyle jego fotek, że zwyczajnie nie chciało mi się go znów ganiać. O 13:20 śmignął skład węglarek ze stonką z Płońska boleśnie przypominając, że przecież w piątek jechały z przeciwną stronę… Niech to szlag, na śmierć o nich zapomniałem :( A o 14:15 wracał węglarz w tym samym kierunku. Czekałem aż w Nasielsku zgłosi się cel zasadniczy, tj. Lotos. Dopiero wówczas ruszyłem dupę w troki i pojechałem przed Wkrę sfocić go z pobocza drogi z Wrony do Jońca. Ale że byłem sam to nietrudno zgadnąć co mi się przytrafiło… Już wiecie? Tak jeeest – zaszło słońce za chmurę w kluczowym momencie :((( Zamiast więc marnować klatkę ruszyłem przed nim do Dalanówka szukać szczęścia. Aha, ku memu olbrzymiemu zaskoczeniu i zarazem zmartwieniu – znów na czele jechał rumuński bałagan! DLACZEGO do ciężkiej cholery jechał w obydwie strony? Byłem pewny, że jak w jedną rumun, to garar w drugą. No tak, ale według tej zasady „w drugą” powinny też jechać na czele tamary gdy pociąg składa się z lokomotywy dwukabinowej i manewrowej. A tak przecież nie jest – zawsze jedzie dwukabinówka na czele. W Dalanówku znalazłem szczęście, bo tym razem słońce świeciło, ale musiałem zrobić zdjęcie od zacienionej strony pociągu z zalanym wodą wyrobisku pożwirowym na pierwszym planie, bo po prostu nie zdążyłbym przeskoczyć przez przejazd przed nadjeżdżającym pociągiem. Potem pojechałem do Płońska, ale utknąłem w kolejce samochodów przed opuszczonymi już szlabanami. Zjechałem więc na pobocze i pognałem do toru zrobić zdjęcie. Alleluja, nie zaszło słońce, jaka radość :) Dziabnąłem co trzeba, wróciłem gdzie trzeba i ruszyłem w dalszą drogę dokąd trzeba. Czyli przed Kaczorowo. Jest tu jeden z wielu polnych przejazdów kolejowych i na nim właśnie o godzinie 18:00 popełnił ostanie zdjęcie tegorocznych wakacji. Pożegnałem mechaników przyjacielskim pozdrowieniem i wróciłem na działkę. Wieczorem obrałem kierunek do Warszawy i następne wolne dni spędzałem załatwiając różnorakie zaległe sprawy w mieście. Dodam jeszcze tytułem uzupełnienia, że spływające w następnych dniach tygodnia raporty pozostawionych na posterunku szpiegów mówiły o braku ruchu zdawek Cargo, co oznacza perfekcyjne aczkolwiek szczęśliwie przypadkowe wybranie terminu wakacji (więcej szczęścia niż rozumu…). Zarazem stanowi to potwierdzenie wniosków z wakacji 2004, że samotne wycieczki UOP-a to nic innego jak zmarnowana kasa i niepotrzebne nerwy :) I tak dobiegła końca ta jak zwykle nazbyt długa relacja :) Dziękuję najwytrawalszym Czytelnikom za uwagę i polecam się na przyszłość!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wal śmiało!