26 kwietnia 2015

Badanie EKG z gagarinowym wynikiem

W drugiej połowie lutego zadzwonił do mnie mój starszy brat, by tonem nie znoszącym sprzeciwu ;-) zaproponować abym przyjechał na Wrzeciono do przychodni, w której pracuje (jest lekarzem) celem wykonania prostego badania rytmu serca. W dzieciństwie miałem spore problemy z wadą „pompki”, z której to wady wydawało się że wyrosłem, ale ostatnio coś znów się odezwało niepokojąco... Ponieważ sam nie mogłem się zmobilizować by pójść do kardiologa, Robert wziął moje sprawy w swoje ręce. Przed zaplanowaną na początek marca wizytą powiedział, że dobrze byłoby zrobić EKG więc niech zabieram dupę w troki i przyjeżdżam do niego do pracy to mi panie zrobią od ręki i za free. Pierwotnie miałem wpaść we wtorek, ale ostatecznie przełożyłem wizytę na czwartek i – jak się później okazało – bardzo dobrze się stało! Ponieważ Wrzeciono jest rzut beretem od Radiowa, zabrałem prewencyjnie aparat z myślą „a nuż weźmie i coś na hutę lub z niej pojedzie?”. Kto wie, czy gdyby nie bliskość linii hutniczej to bym nie odwlekał wizyty w gabinecie w nieskończoność... Po badaniu, które sądząc po minie miłej pani obsługującej aparaturę do EKG nie wypadło dla mnie zbyt pomyślnie, od razu udałem się na stację przy ul. Wólczyńskiej. Przejechałem przez przejazd stwierdzając obecność jednego składu platform na stacji po lewej oraz zakładową stonkę krzątającą się już za bramą huty po prawej. Zaraz za przejazdem zawróciłem i podjechałem pod budynek stacyjny, ale z poziomu gruntu nie dało się zauważyć czy i czym ewentualnie platformy były załadowane. Niemniej, sądząc po ściśniętych sprężynach przy zestawach kołowych wagony nie były próżne. Nie mając nic lepszego do roboty wróciłem na Wólczyńską, lecz zanim na nią wjechałem zauważyłem zamykające się szlabany. Czyżby stonka miała wyciągnąć z huty kolejne wagony w stację? Zawijka i wracam w stronę budynku PKP Cargo. Jednak wcale nie chciałem do niego dojechać, najbardziej na rękę byłoby mi przedrzeć się przez krzaki gdzieś tak w połowie dystansu. Tyle tylko że nie miałem ochoty podrzeć najnowszych jeansów ani wyświnić kurtki „wyjściowej” przebijając się przez gąszcz. Na szczęście przyuważyłem ścieżkę wiodącą do, o ile dobrze pamiętam, murowanej wieży transformatorowej i nią sobie spokojnie doszedłem do torów. Stonka nie zechciała jednak przyjechać zadowoliwszy się manewrami przy zakładowej bramie (która nota bene choć nowa to już rozwalona... Wygląda jakby lokomotywa wjechała w nią w pozycji zamkniętej). Ale nie ma tego złego, przynajmniej mogłem spokojnie zerknąć czym też załadowane są platformy nie narażając się na wścibski wzrok osób z budynku biurowego Cargo. Przeczucie mnie nie myliło, skład około 20 platform załadowany był stalowymi belkami grubymi gdzieś tak na oko 25x25 cm. Swoje to to waży... Upewniwszy się, że skład czeka na lokomotywę po pierwsze dałem znać kolegom skupionym na facebookowej grupie WMH, a po drugie stwierdziłem że nic tu po mnie i jak mam gdzieś czas tracić to lepiej gdzieś bliżej Jelonek licząc na to, że Warszawa Główna Towarowa coś podeśle po ten skład na Radiowo. Tylko gdzie by tu pojechać, hmmm...? Wybór padł na przejazd ulicy Fortowej nieopodal Fortu Blizne. Lata świetlne ;) tam nie byłem! Ostatnio jak się tam kręciłem 15 lat temu to Warszawa tam jeszcze nie dotarła - tor szedł wzdłuż ogródków działkowych przy ul. Dywizjonu 303, nie było osiedli przy Pełczyńskiego czy Narwiku podobnie jak estakady nad Lazurową (tor przecinał ją w poziomie). Zajechałem więc na ów przejazd i od razu mi się spodobało. Zwłaszcza to, że na pierwszym planie miałem bieda-chatynkę skleconą z byle czego, jak te 15 lat temu cała ta okolica tak wyglądała, zaś w głębi kadru majaczyło nowoczesne budownictwo osiedla przy Granicznej. Taki kontrast. Fajnie :) Byłoby miło gdyby coś zechciało przyjechać. Po prawdzie wcale na to nie liczyłem, ale jak mówię – nie miałem nic lepszego do roboty, więc poobserwowałem zmagania wrony usiłującej rozłupać orzech włoski – ptaszysko siadało na latarni i upuszczało orzech z dzioba na asfalt. Orzech długo nie dawał za wygraną, ale za którymś razem poddał się i wrona mogła przystąpić do konsumpcji zawartości. Uprzednio jeszcze tylko musiała odgonić koleżankę oraz mniejszą kawkę, które od razu ją zaatakowały widząc że orzech w końcu pękł. Tak więc wrona zajadała się orzechem, a ja pogrążyłem się w lekturze mojego narkotyku, „Dużego Formatu” GW znaczy. Nie minął kwadrans, gdy wtem... trąbnęło cuś? Tak jakby kurde trąba gagarina z oddali... Ale czy to możliwe? Eee nie, na pewno nie – bliskość drogi S8 z pewnością płata mi figle słuchowe. Jednak co jakiś czas odrywam się od lektury, by rzucić okiem na tory przede mną. W razie gdyby lok jechał luzem, to mógłby się do mnie podkraść niepostrzeżenie, lepiej więc się mieć na baczności. O, a co to za dymek unosi się zza łuku zasłoniętego bieda-domkiem i krzakami? Czyżby ktoś palił jakieś gałęzie albo co, których nie zdążył zutylizować jesienią? Coś kurcze ten dymek zbyt energicznie wali do góry, tak jakby mu jakaś mechaniczna siła pomagała piąć się ku niebu... I czy mi się wydaje, czy też hałas z szosy jakby wzmógł się w ostatnich minutach? Tak jakoś niskich tonów przybyło chyba... Dudnienie narasta z każdą sekundą tak, że już po chwili nie mam wątpliwości, że zbliża się ku mnie pociąg :) Tylko nie niebieski, tylko nie niebieski, prooooszę, tylko niech to nie będzie niebieski gagarin... Po chwili zza łuku wyłania się... nie niebieski, tylko jak najbardziej zielony gagarin z żółtym V na czole – the one and only 1106 – YES, YES, YEEES!! Akurat jak wyjeżdżał z łuku przez przejazd przeszła jakaś młoda psita ładnie domykając kadr po przekątnej od gagara. No a potem to już wiadomo – seria fotek w miarę zbliżania się lokomotywy ku mnie. Ciekawe, że tuż przede mną mechanik przygasił lewe „oczko”, by za chwilę znów je przestawić na normalną jasność. Takie pozdrowienie czyżby? Nie spodziewałem się w sumie, by ciągnął on jakiś skład z Warszawy Głównej Towarowej, bo ten jeśli miałby jechać, to raczej rano. Tymczasem na haku gagara było kilkanaście platform i równie dużo węglarek, w sumie dobrze ponad 30 wagonów. Tym lepiej, bo konieczność zwalniania na kolejnych przejazdach dawała mi szansę na złapanie go jeszcze gdzieś, mimo że aby dostać się do ulicy Radiowej musiałem nadłożyć bardzo dużo drogi i to w normalnym ruchu miejskim. Dobra, w końcu dojeżdżam do przejazdu Radiowej, rozglądam się na obie strony, ale nie widzę ani świateł z lewej, ani końca składu z prawej. A byłem pewien, że dojrzę albo to, albo to. Czyżby jeszcze się nie dowlókł? A może już zdążył minąć kompostownię i dlatego nie widzę końca składu? Co tu robić... Z dylematu wyrwała mnie konieczność kontynuowania jazdy, gdyż za przejazdem nie ma się po prostu gdzie zatrzymać a z tyłu inne samochody już napierają. Trudno, jadę więc dalej. Skręciłem w ulicę Kampinoską, pod kompostownię, bo dalej na Estrady i tak był korek przed światłami z Arkuszową. Przejeżdżając przez tory zauważyłem w oddali światła pociągu, co oznaczało że wcześniej jak przecinałem tor jadąc Radiową to on jeszcze do przejazdu nie zdążył się doczołgać. Może zgasł po drodze, czy co? Mniejsza z tym, ważne że powoooli nadciąga. Wtem ni stąd ni zowąd pojawił się pick up agencji ochrony Spektra i zatrzymał się tuż przy przejeździe obok znaku STOP. Kiego cholery? Przypomniałem sobie, że któryś z kolegów (ale który to już nie pamiętam...) opowiadał, że parę lat temu pociągi na tzw. WMH eskortowały w miarę możliwości samochody z ochroniarzami, bo powoli sunące składy ze złomem do huty padały ofiarą kradzieży – młode chłopaki korzystając z żółwiego tempa wskakiwały na wagony i wywalały złom z wagonów, by potem go zebrać. Później wagony zabezpieczano metalową siatką aż w końcu obu stronom zabawa w ciuciubabkę się znudziła i kradzieże ustały. Widocznie jednak nie do końca, bo pan w pick-upie ewidentnie czekał aż pociąg przetnie ulicę Kampinoską by sprawdzić czy nie ma pasażera na gapę. Mnie już się dalej nie spieszyło, bo i tak wiedziałem że więcej przed Radiowem go nie złapię. Od razu pojechałem na przejazd między stacją a hutą w ciągu ul. Wólczyńskiej i zaparkowałem w dróżce prowadzącej do nastawni. Gagarin rzecz jasna już tam był, ale jeszcze nie zmienił osygnalizowania do jazdy manewrowej. Stał ze swoim składem i mruczał. :) Do platform widzianych wcześniej dołączyła hutnicza stonka SM-42 (tak, ma namalowaną kreseczkę) o numerze 2557 z - jak się wkrótce okazało - także platformami na haku. Najpierw to właśnie ona otrzymała pierwszeństwo manewrów. Wyciągnęła się z całym składem dość spory kawałek za bramę zakładową. Myślałem, że tam je już zostawi pod załadunek, ale nie - inny scenariusz miał się wkrótce napisać. Na stopniu ostatniej platformy jechał mocno leciwy manewrowy, którego nie raz już widywałem na Radiowie. Naprawdę, gość jest chyba tuż przed emeryturą, ale - patrząc w tę pooraną bruzdami zmarszczek, ogorzałą od słońca i deszczów, twarz - można by go posądzić o zdecydowane przekroczenie 70-tki. Jednak, kurde, kilka dekad ciągłej pracy na dworze niszczy człowieka zewnętrznie, nie ma to tamto… No dobra, dość tych refleksji ;-) Tymczasem mechanik z gagarina odczepił lokomotywę od przytarganego pociągu i... zgasił światła. Po czym ruszył na rozjazd, by zmienić tor na ten, z którego dopiero co stonka zabrała wagony. Rozjazdem “wachlował” drugi manewrowy, młodszy, acz też już siwy. Myślałem, że po zmianie kierunku jazdy ST44 od razu skieruje się na przeciwległą głowicę stacyjną. Tymczasem stanął tuż za rozjazdem, grom wie po co. No nic, zobaczymy co tam dalej wymyślą tęgie głowy. Po chwili przypomniała o sobie hutnicza stonka 2557, która znów pojawiła się na arenie działań wpychając platformy na tor zajęty przez wspomniane na samym początku wagony ze stalowymi belkami. Ahaaa, to takie buty. Obydwa składy połączono i stoneczka luzem odjechała abarot za bramę huty (z “dziadkiem” manewrowym na stopniu loka). A gagarin postawszy chyba tylko w tym celu, żeby mechanik pogaworzył sobie z młodszym manewrowym, gdy ten wracał od “buły” zwrotki do nastawni, w końcu odjechał na przeciwległy kraniec stacji. Dało się z daleka zauważyć, że nie odjechał luzem na Główną Towarową, tylko podstawił się do tego składu połączonych platform. W każdym razie nie spieszyłem się jakoś bardzo ze zmianą stanowiska bliższego do gagarina wiedząc, że trochę czasu upłynie zanim zrobi próbę hamulca. Mogłem jeszcze poobserwować hutnicze stonki za bramą do huty. Liczba mnoga uzasadniona, bo w międzyczasie pojawiła się druga z pomarańczowymi kogutami na dachu teoretycznie wskazującymi na sterowanie radiowe lokomotywą. Teoretycznie, bo zawsze kiedy ją widzę (a jej numerek to 2392, choć tym razem stała za daleko żebym go dojrzał), to w kabinie siedzi kolo. O, i tyle z tego sterowania falami radiowymi hehe :-D Co ciekawe, jest mi równa wiekiem, obydwoje przyszliśmy na świat w 1977 r. I nieźle się trzymamy!! Druga ze stonek (chronologicznie to w sumie pierwsza…) 2557 podstawiła się do składu węglarek, po czym zaczęła go wyciągać w stację. Tak się jednak tylko wydawało, bo za chwilę znów go wepchnęła na teren huty, tylko że na inny tor. Trzeba było zrobić miejsce na te wagony co je gagar przyciągnął. Po chwili wyjechał luzem i podstawiła się do nich. Nie ma jednak tak, że rachu-ciachu i dawaj od razu na hutę z tym co przyjeżdża z WGT. Najpierw wagony trzeba “prześwietlić”. Przy jednym z torów jest - nazwijmy to sobie roboczo - “roentgen”, którego zadaniem jest (tak mi się przynajmniej wydaje, jeśli się mylę a ktoś wie lepiej to proszę sprostować) zasygnalizowanie obecności w wagonie niebezpiecznego materiału, np. promieniotwórczego. Strach pomyśleć co by było, gdyby tak skażony złom trafił do pieca na przetop… Tak więc każdy jeden wagonik musi być przeciągnięty przez ten wykrywacz. A ponieważ pociąg przyciągnięty przez gagarina stał na sąsiednim torze, to stonka najpierw musiała go wyciągnąć w stronę huty kawałek za rozjazd, a potem wepchnąć na tor z wykrywaczem. Jadący na stopniu ostatniego wagonu manewrowy “dziadek” zeskoczył na wysokości zachodniej głowicy stacji, żeby - po skończonych manewrach na wykrywaczu - przerzucić wajchę dla gagarina do odjazdu na Główną Towarową. Gdy już cały skład się “wykrył” stoneczka zaczęła ściągać go na hutę. Chociaż mogli chwilę zaczekać na dziadka, który przełożył rozjazd i ruszył z buta za uciekającymi wagonami. No i na tym w zasadzie skończyły się manewry. W stacji pozostał osamotniony skład z ST44 kontynuującym próbę hamulca. Podczas gdy go sobie jeszcze fociłem na odchodne zauważyłem sunący dróżką wzdłuż torów od strony nastawni jakiś niebieski dostawczak z dwoma pomarańczowymi kamizelkami. W pierwszej chwili przemknęła mi myśl, że “jadą po mnie” ;-) i będzie kwadratowa rozmowa o domniemanym zakazie fotografowania czy temu podobnych bzdurach. Ale panowie okazali się chyba jakimiś budowlańcami skracającymi sobie drogę i minęli mnie bez zatrzymania. Tymczasem zbliżyła się już godzina 15:30, co pod koniec lutego oznacza spadek ‘parameteru’ do wartości nikczemnych. Stwierdziłem więc, że nic tu dłużej po mnie. Grom go tam wie, ile jeszcze będzie się próbował, gdy tymczasem pomału zapadają ciemności. A przede mną jeszcze przeprawa przez zakorkowane miasto w drodze do Wawra. Tak więc całkiem usatysfakcjonowany niespodziewanym wynikiem badania EKG obrałem kurs powrotny do domu.

9 marca 2015

Szczyt chamstwa w Górze Kalwarii

Ja to mam jednak wybitną zdolność natrafiania na buractwo wśród kolejarzy, czego przykłady opisywałem w relacjach nie raz i nie dwa, ale jak ktoś powątpiewał, to niech przeczyta z czym spotkałem się w piękne niedzielne przedpołudnie w Górze Kalwarii. W ramach Dnia Kobiet dałem się namówić mojej drugiej połowie na przejażdżkę do tzw. Szwajcarii Bałtowskiej na stok narciarski. Zbliżając się Wałem Miedzeszyńskim (właściwie to już drogą nr 801) do mostu na Wiśle zasłyszałem na kolejowym radiu rozmowę dyżurnego z Góry nakazującego przygotowanie mechanikowi pociągu o numerze nieparzystym (a więc jadącym od strony Skierniewic) rozkaz na zwolnienie w stacji do 20 km/h z uwagi na pękniętą szynę w torze nr 1. Zastanowiło mnie nawet, czemu dyżurny nie puści pociągu po zwrotkach na obu głowicach byle tylko ominąć po dwójce feralny fragment. Wprawdzie pociąg też musiałby zwolnić, ale na chłopski rozum to bezpieczniejsze rozwiązanie niż ryzykowne przetaczanie się uszkodzonym torem. Doszedłem do wniosku, że z jakiegoś powodu tor nr 2 musi być zajęty – może kiblem z/do Warszawy przez Czachówek? Nie pamiętałem jednak nawet orientacyjnej godziny o której tak kuriozalnej relacji pociąg przyjeżdża i odjeżdża do/z Góry Kalwarii. Mając dużo czasu w zapasie zajechaliśmy na stację. I rzeczywiście, na drugim torze stał sobie uśpiony kibelek Kolei Mazowieckich. Dziabnąłem mu kilka fotek ze skarpy górującej nad niżej położoną stacją, bo urzekł mnie kontrast biało-zielonej jednostki z tłem w postaci góry sprasowanych samochodów na złomowisku przy torach. W jednej z małych i brzydkich blaszanych wiat peronowych grupka młodych mężczyzn zabijała czas racząc się piwem o godzinie 9 rano... Poza tym cisza i spokój, tylko wiatr hulał po pustym peronie. Już się miałem zbierać z powrotem do samochodu (bo myślałem, że towar już przeleciał), gdy wtem z oddali doleciało do mych uszu delikatne trąbienie od strony Czachówka. Ha, czyli jeszcze nie dojechał w ogóle choć od kontaktu radiowego minęło grubo ponad 10 minut. Znalazłem ścieżkę, którą wcześniej z peronów na skarpę wdrapywała się pani z pieskiem i zszedłem nią na koniec peronu. Z oddali widać już było trzy światła lokomotywy, a przez teleobiektyw rozpoznałem niebieskiego byka :( Dooobra, chociaż paskud to postanowiłem zrobić mu fotkę. Ale wcześniej popełniłem sobie jeszcze uśpionego kibelka z poziomu gruntu. Przed skupieniem uwagi na zbliżającym się pociągiem towarowym zauważyłem jeszcze, że od trójki młodzieńców spod wiaty odłączył się starszy jegomość w wieku około 50+, po czym wsiadł do przedziału maszynisty EN57-1801. Znaczy mechanik, nawet ubrany w butelkową zieleń służbowego mundurku i takąż kurtkę. Tymczasem najwyższa już pora popełnić fotkę zbliżającemu się ET22-740 z – jak się okazało – nieciekawym zwartym składem popielatych wagonów krytych. Gdy mnie minął i obróciłem się na pięcie ujrzałem kibelka z zapalonymi projektorami (niestety, z oknami w dalszym ciągu zasłoniętymi roletami), więc dziabnąłem mu kolejną fotkę z przejeżdżającymi po sąsiednim torze wagonami składu towarowego. Gdy spojrzałem w monitorek aparatu jak mi te fotki wyszły, z kabiny kibla wyskoczył mechanik i dziarskim krokiem ruszył ku mnie. W takich sytuacjach zawsze ciekawi mnie, czy gość wybiera się z awanturą nie wiadomo o co, czy chce zagadać po przyjacielsku. W 80% realizację znajduje niestety scenariusz pierwszy. Nie inaczej było i tym razem. Gość OD RAZU z mordą na mnie:
- Kto cię upoważnił do robienia zdjęć, się pytam?!
- Przede wszystkim jak się podchodzi do obcej osoby wypadałoby zacząć od „dzień dobry”, bo tego wymagają zasady kultury. Po drugie, nie jesteśmy na „ty”, a po trzecie nikt mnie nie musi upoważniać, mam prawo robić sobie zdjęcia i nic ci (jak od do mnie nie per „pan” to ja też nie) do tego – odparłem również podniesionym tonem.
- A znasz paragraf (tu padł numer, nie pamiętam) kodeksu cywilnego? – o, z taką gadką to mi jeszcze żaden PeKaPiarz nie wyjeżdżał...
- A ty znasz paragraf numer (tu też tak jak i on podałem pierwszy lepszy numer jaki mi przyszedł do głowy)?
- ZNAM! – ryknął gość ku memu rozbawieniu
- No to dobrze, że znasz, bo on nie obwarowuje żadnymi karami robienia zdjęć pociągom – zaszachowałem debila absurdalnym stwierdzeniem.
- Ale ja sobie nie życzę!
- A proszę bardzo, możesz sobie nie życzyć do woli. Zresztą przecież nie robię ci zdjęć, człowieku, tylko pociągom.
- Spieprzaj stąd, bo ci zaraz wytłumaczę po męsku – zagotował się, a z uszu mu nieomalże dym szedł.
- No to dawaj, zapraszam – nie ustąpiłem pola kurduplowi (był o dobre pół głowy niższy).
Widząc że niczego krzykiem nie wskóra, pofukał sobie jeszcze trochę i zabrał się z powrotem do kibla. A ja do samochodu, bo cóż miałbym tu dalej robić. Jednak jak wdrapałem się na skarpę akurat znów ładnie wyszło słoneczko, więc stwierdziłem że powtórzę ujęcie z bokowca z tymi różnokolorowymi wrakami aut, bo wcześniej pstrykałem przy zachmurzonym niebie. Nerwowiec musiał mnie jednak obserwować z wnętrza pojazdu, gdyż jak nie wyskoczył nagle na peron i dawaj pędzić ku mnie z okrzykiem – jak słowo daję, tak się darł: „NO, TERAZ TO CI WPIERDOLĘ!!”. Stoję więc spokojnie i czekam aż się przedrze przez uschnięte sitowie porastające skarpę. W sumie za tyle dawnych przykrości, jakie spotkały mnie ze strony pierdolonych PeKaPiarzy przez te wszystkie lata, mogę się trochę z chętnym gostkiem poszarpać jeśli chce.
- Oddawaj aparat! – zażądał.
- Chyba śnisz, człowieku – parsknąłem tylko.
Złapał mnie za pasek zwisającego z szyi aparatu, lecz odtrąciłem jego łapsko.
- Precz z łapami, chamie.
- Masz się stąd wynosić!! – krzyknął i wyprowadził nieporadnie ni to cios, ni pchnięcie w mój korpus. No to mu oddałem. Wiecie, rozgrywało się takie preludium „solówy”, jak to się w podstawówce nazywało. W tym momencie z okolic wiaty jeden gosciu krzyknął, rozumiem że pod moim adresem „ej koleś, ogarnij się!”. Stwierdziłem, że przy eskalacji rękoczynów trzech gości spod wiaty ruszy z odsieczą starszemu kumplowi, a to postawi mnie na przegranej pozycji. Więc coś tam jeszcze popyskowaliśmy sobie na odchodne w rodzaju „Spierdalaj! – Sam spierdalaj!” i każdy odszedł w swoją stronę. Ciekawe, czy gdyby kolejarz nie czuł wspierających spojrzeń znajomków to też byłby taki wyrywny? I o co tak w ogóle mu chodziło, u licha? – zachodziłem w głowę jadąc dalej do Bałtowa. Nie rozwikłałem tego dylematu, składając go ostatecznie na karb wniosku, że „niezbadane są ścieżki logiki PeKaPiarzy”. Jednak teraz, gdy piszę te słowa i przeglądam zdjęcia to widzę na jednym z nich, że ów człek odłączywszy się od tej trójki spod wiaty niesie coś blaszanego w ręku, co połyskuje na złoto, i patrzy się na to niczym na otrzymany dopiero co prezent. Ponieważ pod wiatą trwało poranne leczenie kaca, sami domyślcie się co też niesie pan mechanik do kabiny, czego obawiał się że sfotografowałem i czemu zażądał wydania aparatu... Wszystko jasne, pełne? ;-)