23 marca 2012

Pojedziesz Kolego Powoli

Zima się skończyła, można więc znów się przesiąść z wygodnego auta do pociągu podmiejskiego bez narażania się na kilkudziesięciostopniowe wahania temperatur. Wiadomo, pociągi zimą to sauny na kółkach - w środku nagrzane do niemożliwości (odwrotnie niż w autobusach), zaś na zewnątrz -20. Efekt: zima non stop przechorowana. Dziękuję, zimą podróżuję do roboty moim Ceed'em :)) Ponieważ pociągiem nie jechałem do pracy od dobrych czterech miesięcy, byłem więc bardzo ciekaw co tam się pozmieniało na Warszawie Wschodniej, a zwłaszcza jak wygląda nowa stacja Stadion. Wybrałem się więc do Miedzeszyna na pociąg Kolei Mazowieckich o 9:20. Przechodząc przez tory już widzę że jedzie w oddali z Falenicy. Jak zwykle mając kilka minut wolnego czasu, zabrałem się do lektury ulubionego "Dużego Formatu". Pochłonięty reportażem o wojnie domowej w Syrii nie czuję upływającego czasu, a już dawno powinienem jechać pociągiem. W końcu oprzytomniałem, patrzę, a światła pociągu są nadal tam, gdzie były jak przekraczałem przejście dla pieszych! No świetnie... W międzyczasie na peronie zdążył się już zebrać spory tłumek. Po układzie świateł zdaje mi się, że to stonka - pewnie sieciowcy coś majstrują. No, to mi się udał powrót do pociągów, nie ma co... Wkurwiony ruszyłem z powrotem na parking do KIAneczki, ale w tym momencie na tor przed stonkę wjechała jednostka SKM (a co z pociągiem KM-ów, zaginął?). Po chwili w peron wtoczył się 14WE, który - na marginesie - wraz z upływem czasu brzmi coraz bardziej jak stary rasowy "kibel" (to samo dobrze znane jebnięcie przy ruszaniu, chociażby...). Oczywiście o miejscu siedzącym mogę zapomnieć. Skazany za to jestem na wysłuchiwanie kretyńskich gadek klasy gimnazjalistów (że też cholera zapomniałem odtwarzacza mp3). A mogłem nadal jeździć samochodem, co mnie podkusiło...? Dobra, w końcu wtaczamy się na Wschodnią. Hmm od jesieni w sumie niewiele się zmieniło - były chyba dwa wyremontowane perony, teraz są trzy, a czwarty rozbabrany. Tylko dalekobieżne, podmiejskie zaś - nieruszone. Do EURO 2012 zostało jakieś 2,5 miesiąca. Czy mądrym inaczej głowom na kolei wydaje się, że kibice będą przemieszczać się po Warszawie tylko składami dalekobieżnymi do/ze Wschodniego, bądź do/z Warszawy Stadion? Że nie będą korzystać z peronów 6 i 7 na Wschodniej i w takim razie mogą zostać w takim opłakanym stanie jak obecnie? Będzie fajne pośmiewisko :-/ Dobra, ruszamy w stronę Stadionu - o, a to co po lewej stronie torów? Ekrany dźwiękochłonne ha, ha, ha!! Po jaką cholerę znów wyrzucono kasę w błoto, jak tam stoi może jedna kamienica mieszkalna? Przez dziesięciolecia okolicznej patologii pociągi nie zakłócały pijackiego snu, teraz nagle akurat przed EURO zaczęły, tak? Mówiąc wprost: zafundowano parawan zasłaniający widok z okien pociągów na burdel, śmietnik, patologię kwitnącą tam w najlepsze od zawsze. Co tam dalej? A, stacja Stadion - noo, wygląda, muszę powiedzieć, lepiej niż na zdjęciach w gazetach czy internecie. Do ideału daleko, ale mogło być gorzej - jak np. na remontowanym dworcu Gdańskim. Tu przynajmniej nie rzuca się w oczy tak bardzo blacha falista. Zadaszenia nad peronami są podbite od dołu jakąś taką nie najgorzej nawet wyglądającą blachą perforowaną. Do tego dużo wyświetlaczy ciekłokrystalicznych wyświetlających relacje pociągów - chyba uda się uniknąć chaosu po meczach. Ciekawe tylko, jak długo ostaną się szyby stanowiące tylne ściany zadaszeń, nawiązujące do wyglądu zewnętrznego samego stadionu narodowego? Szyba - rzecz łatwo tłukąca się szczególnie gdy w jej pobliżu znajduje się kilka tysięcy wściekłych kibiców jednej z przegranych drużyn. W to, że są kuloodporne jakoś nie chce mi się wierzyć. Zobaczymy, co też się wydarzy po pierwszym przegranym meczu naszych "orłów" z Grekami ;-) Na miejscu dziennikarzy stołecznych wydań gazet i portali, już dziś łamałbym sobie głowę nad barwnymi zwrotami opisującymi skalę wandalizmu polskiej, rozczarowanej wynikiem, tłuszczy... Myliłby się ten, kto by sądził, że mój pociąg wjechawszy na linię średnicową dotrze do celu (czyli do przystanku Ochota) bez dalszych komplikacji. Najlepsze miało dopiero nadejść. Wpierw pociąg zatrzymał się w tunelu przed Śródmieściem, ale po kilku minutach wtoczył się mozolnie na peron. Potem staliśmy w peronie, a gdy w końcu ruszyliśmy w dalszą drogę to tylko po to żeby znów stanąć w tunelu, z tą tylko różnicą że za Śródmieściem i na dużo dłużej. Jak daję słowo, gdyby nie gazeta - chyba bym coś wyrwał, pierdolnął tym w szybę i wysiadł przez nią. Kurwa, według rozkładu jazdy miałem podróżować około 33 minut, czyli jakieś 7 minut krócej niż jesienią, a tymczasem siedzę w tym zmodernizowanym nagrzanym kiblu już ponad godzinę! Wściec się można :(( Przypominam - wszystko to na dwa miechy z hakiem przez EURO. Mam naprawdę nadzieję, że takie same atrakcje spotkają  zagranicznych kibiców/turystów, aby uzmysłowili sobie w całej rozciągłości, jakiż to posrany naród dołączyli sobie do Unii Europejskiej. W końcu przystanek Ochota... Jak to "dobrze", że od jesieni nic się nie zmienił - oszczany murek przy wyjściu z peronu na górę schodami (ułatwienia dla niepełnosprawnych? Ha ha dobre sobie, u nas nie ma niepełnosprawnych, znaczy w domach siedzą), rdzawy brud odchodzi zewsząd płatami, tam jakieś butelki po nocnej libacji walają się na parapecie przy poręczy, chodnik pod postacią pomarszczonego, spękanego asfaltu - miód, malina. Witamy w centrum stolicy przy placu Zawiszy i okolicznych hoteli...

23 lutego 2012

Operacja "Kadziowóz"

Od jesieni 2011 r., kiedy to pojawiła się informacja o przedelegowaniu 4 sputników do Legnicy, strasznie chciałem tam pojechać, gdyż po pierwsze już bardzo dawno nie widziałem moich ulubionych elektryków w jedynie słusznych pkp-owskich barwach, a po drugie ten rejon Dolnego Śląska mam najsłabiej rozpoznany. W końcu po trzecie i najważniejsze – chciałem zobaczyć na własne oczy wylewanie płynnego żużla z kadziowozu. Tak więc gdy Justynka zaproponowała wyjazd na otwierającą sezon wystawę psów do Głogowa, zgodziłem się z wielką ochotą. Operacja „kadziowóz” była żelaznym punktem programu, bez zrealizowania którego wyjazd byłby kompletnie nieudany. Dlatego na kilka dni przed wyjazdem nawiązałem kontakt z Łukaszem Białowem vel. „Łuki”, którego zdjęcia z legnickiej huty widziałem wcześniej na fotogaleriach kolejowych. Łukasz chętnie udzielił mi odpowiedzi na kilka pytań, jak również wyszedł z inicjatywą wspólnego focenia na hutniczym zwałowisku :) Jak się później okazało, było to dla mnie wprost bezcenne... Na marginesie taka refleksja: już strasznie dawno nie zgadywałem się przez internet z nieznanym wcześniej osobiście MK, dlatego myślami cofnąłem się o jakieś 12 lat, gdy tym sposobem zaznajamiałem się z Jaroszem czy też z Ciemnym. Faaaajnie, odmłodniałem troszeczkę :) Wyjechaliśmy już w środę, nieco dłuższą trasą niż wprost przez Leszno (bo tą mam już obadaną do znudzenia), a mianowicie przez Łódź, Sieradz i Ostrów Wielkopolski. To nie była słuszna koncepcja, bo ruch na drogach krajowych był bardzo duży, skutkiem czego jak utknęło się za konwojem TIRów, to nawet nie dało się za bardzo wykorzystać rakietowego przyspieszenia KIAneczki. W efekcie 480 km pokonaliśmy w dramatycznym czasie około 9 godzin ze średnią prędkością 50 km/h – już dziś gratuluję kibicom na EURO 2012 przemieszczającym się między Wrocławiem a Warszawą. Jedyny plus, że spalanie wyniosło 5,6 litra na sto kilometrów. Dla porównania, drogę powrotną krótszą o 30 km, w większości powiatówkami („żółtymi” drogami) przez Jarocin, Turek, Łęczycę, przejechałem aż o 3 godziny szybciej! Na nocleg do gospodarstwa agroturystycznego „Amazonka” we wsi Ostaszów (a właściwie Łężce) koło Przemkowa dotarliśmy niewiele przed północą, toteż o porannym zerwaniu się na foty nie było mowy – musiałem odespać zmęczenie podróżą. Przy okazji, nie polecam miejscówki – warunki okazały się znośne, aczkolwiek nieco zbyt spartańskie, choć za cenę 35 zł od osoby trudno znów wymagać luksusów. Na zdjęcia wygrzebałem się dopiero około godziny 11. Za cel obrałem oddaloną o niespełna 60 km stację Jerzmanice Zdrój, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa istniała szansa spotkania ET21. Wprawdzie nie wiedziałem z jakimi składami miałyby się tam kanty z Legnicy zapuszczać, ale nie dociekałem przed wyjazdem chcąc dowiedzieć się tego na miejscu. Jechałem sobie niespiesznie, zahaczając po drodze o różne ciekawe miejsca, jak np. o dawną stację Wilkocin na rozebranej linii Rokitki – Kożuchów, gdzie popełniłem zdjęcie niewielkiego ceglanego dworca z rosnącymi przy nim solidnymi ośnieżonymi dębami. A wszystko to w pięknym słoneczku, które akurat w czwartek postanowiło wyjść zza chmur po kilku tygodniach pochmurnego niżu. W drodze do Chocianowa zajechałem jeszcze do Jakubowa Lubińskiego, ale tu przydworcowa okolica nie była tak urokliwa, niemniej dokumentalna fotka została cyknięta. Drzewka na starotorzu od czasu rozbiórki linii zdążyły osiągnąć już koło 5 metrów wysokości... W Chocianowie powinienem skręcić w prawo na Chojnów, ale tu również chciałem oblookać sobie stację, więc skręciłem na Polkowice. Na rozstaju dróg dosłownie opadła mi kopara, oto bowiem moim oczom ukazał się wielgachny pałac z imponująca wieżą i hełmem. Ratusz dużego miasta wojewódzkiego mógłby się w takiej budowli spokojnie zainstalować! Niestety, pałac przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy – jest kompletną ruiną. No, może nie do końca kompletną, jest bowiem chyba szansa, że nie zawali się pod własnym ciężarem. Nadzieję taką daje pokrycie budowli nowym dachem, więc przynajmniej od góry nie będzie zaciekał – ale kto wie, ile lat lała się do środka woda, gdy dach zapewne był dziurawy jak szwajcarski ser? Wojna i PRL zrobiły swoje :( Miejmy nadzieję, że z czasem ta perełka architektury zostanie odrestaurowana, czy to za pieniądze Ministerstwa Kultury, czy też prywatnego sponsora wspomaganego dotacją resortu. Kilka kolejnych pałaców widzianych przeze mnie podczas wycieczki daje taką nadzieję. Ale o tym później. Tymczasem znalezienie stacji wcale nie okazało się takie proste, choć z dość daleka widać wieżę ciśnień. Szukając dworca przejechałem obok jakiejś stareńkiej fabryki, wyglądającej na pierwszy rzut oka o wiele ciekawiej niż warszawski Norblin. Zauważyłem skrzyżowane młoty, czy też kilofy, więc w pierwszej chwili pomyślałem że to była jakaś mała kopalnia, choć nie zauważyłem szybu i windy (mógł zostać zlikwidowany wiele lat wcześniej). Jednak jak później przeczytałem w Wikipedii mieściła się tam huta żelaza „Maria”, a dziś działa jako Fabryka Urządzeń Mechanicznych „Chofum”. W końcu trafiłem na dworzec, ale mnie rozczarował – niewielki, pomalowany na wyblakłe bordo, kilka szyldów reklamowych. We wnętrzu mieści się gabinet fryzjerski.