11 grudnia 2025

Zgrzewarka szyn w akcji koło Szczutowa

Jakoś w pierwszej połowie 2020 r. zaczęły krążyć słuchy, o tym że InterCity planuje uruchomić pociąg pospieszny (kategorii TLK) przez Sierpc. Miałby on łączyć Górny Śląsk z Wybrzeżem przejeżdżając środkiem Polski przez dość wykluczone komunikacyjnie pod względem pociągów dalekobieżnych spore miasta powiatowe takie jak wspomniany Sierpc, a także Brodnicę czy Grudziądz. Pewnie puściłbym to mimo uszu traktując jako li tylko plotkę, gdyby nie to, że wcześniej już kursowanie rozpoczął pociąg TLK 'Chemik' z Katowic do Płocka. Przedłużenie go jakby dalej na północ wydało mi się rozsądną decyzją. Aby jednak ów pociąg w ogóle mógł pojechać zaplanowaną trasą niezbędny byłby remont najbardziej zdegradowanego toru pomiędzy Sierpcem a Szczutowem, a dokładniej - przebiegającą nieco powyżej granicą województw mazowieckiego i kujawsko-pomorskiego. Dla składów towarowych obowiązywało ograniczenie prędkości do 10 km/h, zaś dla pociągów pasażerskich - takich jak okazjonalne “Spichlerze” Turkolu z października 2015 r. oraz czerwca 2021 r. - 20 km/h, ale wydawało mi się, że sunęły one wolniej... tak na wszelki wypadek. Natomiast zaraz po wyjechaniu z Mazowsza 'Spichlerze' mogły rozpędzać się do 80 km/h (towary nie wiem). Szkoda, że PLK miała przez wieeele lat w głębokim poważaniu ten odcinek nie robiąc z nim NIC mimo że towary uparcie, wbrew wszystkiemu, jeździły do Szczutowa (węgiel do Energo) i Kretek (cysterny Orlenu oraz zbożówki z zamykanym hermetycznie dachem do Agroloku), a od jakiegoś czasu jeszcze kontenery Cedrobu do Rypina. No ale dobra, widocznie konieczność przewiezienia pośpiechem kilkudziesięciu ludzi - no bo nie łudźmy się, tłumów to tam nie będzie - jest ważniejsza, niż tysięcy ton towaru (na czym zarządca infrastruktury rzeczywiście zarabia), i uzasadnia wydanie bimbalionów na ułożenie toru od nowa. Na czym - mam nadzieję - skorzystają przede wszystkim przewoźnicy towarowi, odbijając sobie lata czołgania się tam “dziesiątką”. 21 czerwca pojechał ostatni po starym torze pociąg - z Sierpca do Kretek, po czym został on zamknięty dla ruchu i rozpoczął się generalny remont. 6 dni później gdy pojawiłem się w Sierpcu w towarzystwie Antoniego Dymarskiego i Kuby Prohaski, toru w okolicy nastawni wykonawczej Sc2 w ogóle nie było - jak również podkładów i podtorza. Nic, goła ziemia. Nieco dalej, w kierunku mostu nad Skrwą na śladzie linii były już ułożone podkłady (staroużyteczne, z jakiejś magistrali), a szyny (stare i nowe) leżały równolegle do nich po obu stronach. Przed mostem na Skrwie i kawalątek za nim ułożono nowe podkłady drewniane, natomiast nie wymieniono samych grubaśnych mostownic, bo widocznie były w dobrym stanie. Za mostem w stronę Szczutowa znów tylko goła ziemia oraz spychacz i koparka. Drugi raz pojawiłem się tam niespełna miesiąc później, 22 lipca. Tor był już ułożony, zasypany tłuczniem i wyglądał na podbity. Trafiłem akurat na dwóch pracowników, którzy szli z jakimś takim wózeczkiem pchanym po szynach, który coś tam zlicza na wyświetlaczu. Wówczas też pofociłem trochę maszyn torowych i wagonów socjalnych stojących na torze nr 1 pod nastawnią dysponującą. Moją uwagę przykuła zwłaszcza “mechaniczna pomarańcza” oznaczona jako PRSM-04-54, której nigdy dotąd nie miałem okazji zaobserwować. Trochę może wstyd się przyznać, ale nawet nie wiedziałem, do czego to ustrojstwo służy. Dopiero po powrocie do domu wygooglałem, że jest to zgrzewarka szyn. Znalazłem nawet PDF-a na stronie www.spawalnictwoszyn.pl z krótkim opisem, jak ta machina działa. To tylko pobudziło mą ciekawość na tyle, bym stwierdził, że muszę zobaczyć jej funkcjonowanie na żywo!

11 stycznia 2022

Inauguracyjne Cedroby do Raciąża

Na początku września 2021 r. zauważyłem w Raciążu pierwsze przygotowania do remontu toru stycznego do placu ładunkowego. Wówczas nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, czego jest to zwiastunem. Pomyślałem “no wreszcie się za niego wzięli”, bo był w tragicznym wręcz stanie - w sezonie wegetacyjnym właściwie niewidoczny spod porastającego go zielska. Odkąd w grudniu 2018 r. rozebrano i zbudowano od nowa tor do rampy po południowej stronie stacji, przyjeżdża dużo pociągów z kruszywem na potrzeby budowy szosy S7 w rejonie Glinojecka i dalej w kierunku Mławy. Ale pojemność owego toru jest ograniczona i w czasie gdy powiedzmy pół, czy ⅔ składu jest wstawiona na rozładunek, reszta wagonów czeka na zmiłowanie. Zamiast stać bezczynnie można by je rozładowywać na drugim torze, gdyby był zdatny przyjąć pociąg. No tak, uruchomienie rozładunku “kamyków” na drugim torze ma sens - rachu, ciachu i pociąg będzie rozładowany. Dawać następny. Początkowo w tym kierunku biegły moje domysły, po tym jak zobaczyłem sterty staroużytecznych podkładów betonowych oraz nowych drewnianych ułożone na placu wzdłuż wzmiankowanego toru. Ale lepiej poinformowani koledzy kolejarze w mig nakierowali me myśli na właściwe… tory :)) Otóż okazało się, że po pierwsze primo: tor o którym mowa, czyli 11, był jako jedyny na raciąskiej stacji własnością PKP SA Oddziału Gospodarowania Nieruchomościami, a nie - jak cała reszta stacji - w rękach PKP PLK. Dlatego był najbardziej zapuszczony. Po drugie primo ;-) PeeLKa ostatnimi czasy odkupiła ów tor od Nieruchomości, bo zgłosił się podmiot chętny by go wydzierżawić, po tym jak zostanie on przywrócony do stanu używalności. Tym podmiotem jest firma Cedrob, wiodący w Polsce producent drobiu. W Raciążu już kilka ładnych lat temu postawiła wytwórnię pasz dla swoich kurczaków. Na Mazowszu jest ich zresztą więcej, m.in. w Rypinie i Ciechanowie, do których regularnie kursują pociągi przewożące śrutę sojową. Przewożona ona jest w kontenerach Eko-Box wyprodukowanych przez bydgoską firmę Pol-Osteg. Wybór oferty tej spółki na wykonanie 176 sztuk takowych pojemników Cedrob Cargo ogłosiło na początku lutego 2020 r., a już jakoś jesienią zaczęły one kursować z Gdyni do Rypina prowadzone Ludmiłami EccoRail. Pomysł, by wybrać się na pofocenie takich składów świtał mi w głowie wielokrotnie, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. W końcu jednak znalazłem się w Rypinie 3 czerwca, kiedy to linię Sierpc - Brodnica przemierzał Turkol-owy pociąg Spichlerz z SU45-194. Skład jechał rano, a dalszą część dnia spożytkowałem na odświeżenie motywów, by zimą nie błądzić jak dziecko we mgle gdy przyjdzie pora na focenie nowego pociągu pospiesznego Flisak. Pociągu Cedrobu w Rypinie nie zastałem, jedynie 6 kontenerów luzem na ziemi. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem je na żywo. Nie żebym zapałał jakąś szaloną miłością, ale zobaczyć je jadące JSL-ką… - ooo, tak! Póki jednak co pozostało obserwować postępy prac przy rewitalizacji toru w Raciążu. I tak, gdy z Kamilem Witkowskim wracaliśmy z inauguracyjnego Flisaka 12 grudnia, zauważyłem wieczorem, że tor zniknął całkowicie. Niespełna dwa tygodnie później, 25 grudnia, gdy jechałem drugi raz na Flisaka, tor już był gotowy! W międzyczasie koledzy z Sierpca dawali znać, że jechały stonki Orionu z maszynami torowymi (podbijarka itp.) oraz szutrówkami załadowanymi tłuczniem. Naprawdę szybko i sprawnie poszła odbudowa tego toru, brawo! Ale odbudowa odbudową, lecz zanim na ów tor wjedzie pierwszy pociąg to jeszcze wiele wody musi w Wiśle upłynąć, gdyż wiadomo - biurokracja, przewalanie papierów, trwają dłużej niźli same prace w terenie. Realny termin przejazdu inauguracyjnego pociągu wydawało się, że wypadnie w połowie stycznia. Ostatecznie miało dojść do tego nieco wcześniej, bo już w

12 grudnia 2021

Flisak, czyli powrót pospiesznego planowca do Sierpca

Wraz z coroczną zmianą rozkładu jazdy 12 grudnia 2021 r., stacja Sierpc powróciła na kolejową mapę połączeń dalekobieżnych. Wszystko za sprawą uruchomienia nowego pociągu TLK ‘Flisak’ z Katowic do Gdyni wytrasowanego linią 33 z Kutna do Brodnicy. Oczywiście musiałem tam być i go zobaczyć, albowiem gratka to nie lada. Regularny pociąg pospieszny, nie okazjonalno-wycieczkowy, zawitał bowiem do sierpeckiego węzła po około - bagatelka - 30 latach przerwy! Wbrew pozorom, ostatnim rasowym pociągiem pospiesznym przejeżdżającym przez Sierpc nie był ani pociąg z Warszawy do Kołobrzegu kursujący JSL-ką, ani z Łodzi Kaliskiej do Gdyni jadący “trzydziestką trójką”. Były to pociągi, owszem, dalekobieżne ale nie pospieszne, lecz przyspieszone. U schyłku swoich “karier” zatrzymywały się jak zwykłe osobowe w każdej Pipidówie na obu liniach spotykających się w Sierpcu. Według mojej najlepszej wiedzy, ostatni rasowy pośpiech tamże [patrz: komentarze pod postem] to pociąg relacji Łódź Kaliska - Olsztyn i z powrotem, ujęty w SRJP wydanym na lata 1990-1992. W drodze do Olsztyna mijał on Sierpc kilkadziesiąt minut po północy, natomiast jadąc do Łodzi stawał na sierpeckiej stacji w środku dnia, ok. 15:30. Jeździł od połowy czerwca do początku września, czyli był pociągiem stricte wakacyjnym. Ale pełną gębą pośpiesznym, który zatrzymywał się tylko w Płocku, Sierpcu i Rypinie. W nowym połączeniu zaplanowano dodatkowo postój w Gostyninie. A propos, na odwiedziny tam namawiał mnie Maciek Radecki, powodem czego była wymiana semaforów kształtowych na świetlne mająca dokonać się do końca roku. Toteż byliśmy wstępnie zgadani że załatwi się to wraz z wycieczką na Flisaka. Ostatecznie jednak wyszło tak, że w niedzielę Maciek nie mógł jechać. Nic natomiast nie stanęło na przeszkodzie Kamilowi Witkowskiemu, z którym także byłem umówiony na wspólne focenie pośpiecha w Sierpcu. Rozkład Flisaka jest o tyle przyjazny że nie trzeba się zrywać bladym świtem, z Warszawy można wyjechać nawet o 11 by na spokojnie do Sierpca przybyć około 13. Jednak przez kilkanaście wcześniejszych dni tak się nagrzałem, że do Nasielska po Kamila zajechałem grubo przed godz. 10. Wszystko przez zdjęcia Nurka - czechosłowackiej lokomotywy serii 754 - zadysponowanej do obsługi Flisaka, publikowane przez kolegów z facebookowej grupy JSL. Uruchomienie zupełnie nowego połączenia dalekobieżnego to nie takie hop-siup. Maszyniści i kierownicy pociągów muszą odpowiednio wcześniej zapoznać się ze szlakiem.

18 kwietnia 2021

Captrain w Płońsku i zator lodowy na Wiśle

Nie samymi zdjęciami kolejowymi UOP żyje - ogromnie też lubię oglądać (no dobra, fotografować też…) różne niecodzienne zjawiska przyrodnicze - nazwijmy to tak. Na przykład tegoroczna zima, która okazała się być nad wyraz srogą - ku mojej rozpaczy (gdyż nienawidzę śniegu) - przyniosła dawno już niespotykane zjawisko rzecznego zatoru lodowego. Nawiedziło ono królową polskich rzek, czyli Wisłę w okolicach Płocka. Gdy byłem mały, to rokrocznie słyszałem jak to dzielni saperzy Ludowego Wojska Polskiego wysadzają lód na rzece ratując drewniany most w Wyszogrodzie. Ale ostatnio zimy były… ciepłe i kry nie było. A w tym roku niespodzianka - mróz skuł rzekę i problem powrócił. No, wyszogrodzkiego mostu już to nie dotyczy, gdyż został rozebrany w 1999 r., ale pobliskiego Płocka - owszem. Wszystko oczywiście przez jedną z najbardziej debilnych inwestycji za czasów PRL-u, czyli budowy zapory we Włocławku. Miała ona być jednym z wielu stopni wodnych na Wiśle, ale skończyło się na niej jednej. Powstały przed nią Zbiornik Włocławski jest de facto wielkim jeziorem, które lubi sobie zamarznąć gdy jest bardzo zimno. Po paru dniach bez odwilży rzeka zamarza na powierzchni coraz dalej i dalej w górę swego biegu. Ale dołem wciąż płynie, a że nie znajduje dość przestrzeni przed sobą - bo tama - to rozlewa się na boki. Czyli powódź, a dokładniej tzw. powódź zatorowa. W 1982 r. wystąpiła takowa w Płocku doprowadzając do tragicznych skutków. Woda podtopiła położoną na lewym (niskim) brzegu dzielnicę Radziwie i doszło do podmycia nasypu kolejowego. W efekcie wykoleił się pociąg osobowy relacji Brodnica - Kutno prowadzony sierpeckim parowozem Ol49-62. Rannych zostało 115 osób, w tym 2 ciężko - maszynista i palacz lokomotywy, która wylądowała podwoziem do góry. W tym roku zanosiło się na powtórkę z "rozrywki", w sensie wylania rzeki i natychmiastowego zamarzania wody, toteż z każdym dniem rosła we mnie chęć obejrzenia tego na własne oczy, a nie oczami kamer i rozemocjonowanych reporterów, przesadzających i wyolbrzymiających zagrożenie, jak się domyślałem. Czekałem tylko na dobrą pogodę, czytaj: słońce. W końcu poprawa miała nadejść w piątek 12 lutego, tak więc zarezerwowałem sobie urlop w robocie na ten dzień. Dodatkowa korzyść to ciut dłuższy weekend ;-) Jak by było mało tego dobrego, dostałem od starego znajomego informację, że po wielo-, wieeeeloletniej przerwie, do Płońska zmierza z Niemiec pociąg towarowy złożony próżnych z wagonów "zbożówek" pod załadunek pszenicy z tamtejszego elewatora. No luuudzie, cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności. Przewoźnikiem miał być Captrain, którego taboru dotychczas nie widziałem na JSL. Pociąg miała prowadzić lokomotywa serii 232, popularna "Ludmiła". Super! Jedyny minus to że miał jechać w nocy, no ale najwidoczniej nie można mieć wszystkiego. Niestety, mści się bardzo kiepska przepustowość Wschodniej JSL - zamknięcie i rozebranie kilku mniejszych stacji: Wkra, Baboszewo, Zawidz zaraz po upadku komuny wydłużyło odcinki, a jednocześnie pociągów pasażerskich kursuje obecnie dużo. W rezultacie przewoźnikowi towarowemu ciężko byłoby tak wycyrklować z rozkładem żeby trafić akurat w kilkudziesięciominutowe "okienko" między szynobusami i to jeszcze jadąc z Niemiec, jak w tym przypadku. W zasadzie to niemożliwe jest w ogóle i dlatego kombinują tak żeby jechać wtedy, gdy szlak jest na bank wolny przez wiele godzin. Czyli nocą właśnie. Pierwotny plan - zakładający również (a może przede wszystkim?) wyjazd na linię Kutno-Płock - uległ błyskawicznemu przeorganizowaniu na rzecz porannego pojawienia się w Płońsku. Spodziewałem się, że wagony będą stały przede wszystkim w okolicy nastawni wykonawczej Pł1, bo od tamtej strony tylko da się wjechać na grupę torów zdawczo-odbiorczych elewatora (dawniej też współdzielonych z bocznicą do fabryki Wedla). A tylko z samego rana da się im zrobić zdjęcie od północnej strony, gdzie jest więcej miejsca. Później słońce “przechodzi” na południową stronę stacji. Toteż do Płońska zajechałem niewiele po godzinie 8. Tak to sobie wykoncypowałem żeby dziabnąć parę fotek wagonom od "dobrej" strony i ewentualnie "Kaczce" 401Da-361 gdyby ta akurat manewrowała, oraz krzyżowanie szynobusów o 9, albo chociaż jednego z nich z odstawioną Ludmiłą, w zależności gdzie ta by stała. Płońsk przywitał mnie śniegiem, bezchmurnym niebem i temperaturą -15ºC. Do tego leciutko dmuchał wietrzyk, więc odczuwalna była pewnie poniżej -20ºC. O jasny pierun, ale było zimno. Ale co tam - grunt że towar też był. Francuskie wagony zbiornikowe serii Uagps, przypominające... wannę :) Niestety, wszystkie oszprejowane poza dosłownie jednym jedynym, którego sportretowałem przy nastawni. Poprzednim razem gościły tu w grudniu 2014 r., a więc minęło już ponad 6 lat. Co zaś się tyczy Kaczki, to przyuważyłem ją stojącą luzem z jednym zapalonym światłem tuż za bramą elewatora. Na razie jednak nie kwapiła się do dalszych manewrów z wagonami. Pozostając wciąż po południowej stronie torów, na dróżce prowadzącej od nastawni dysponującej do wykonawczej, przeniosłem się w pobliże dworca, aby przymierzyć się do zdjęć ze spotkania szynobusów z Ludmiłą parkującą praktycznie vis a vis budynku. Ale fajnie stała, już lepiej trudno było sobie zażyczyć. A mogłaby parkować np. nieopodal dysponującej i już nie dałoby się tak dobrze uchwycić w kadrze trzech pojazdów na raz. Wkrótce pojawił się szynobus od strony Sierpca i ku mojej radości był to tzw. niemcobus (bo poniemieckiego rodowodu) lub bardziej swojsko "Vituś", konkretnie VT627-101. Są już tylko 4 sprawne maszyny tego typu a wyjeżdżają na tory jedynie w zastępstwie SA135, gdy te są na naprawach bądź przeglądach. Cykam pierwsze fotki bardziej na zasadzie ustawienia odpowiednich parametrów, tak aby nie przepalić śniegu skrzącego się w mocnym słońcu, a jednocześnie nie ściemnić nieba za mocno. Żeby zobaczyć jak to wychodzi muszę chować się do samochodu, bo na dworze kompletnie nic nie widać na wyświetlaczu cyfry. Dobra, wreszcie mam to co trzeba a zza pleców dolatuje dźwięk zamykających się szlabanów - jedzie pociąg z Nasielska. Nie patrzę nawet co się zbliża skupiając się na utrzymaniu wybranego kadru w poziomie i pionie. Zresztą, co się może zbliżać innego niż PESA?Wtem… o, kur*a - drugi ViTek, niemożliwe! Ale prawdziwe :) Wooow, w tych czasach krzyżowanie dwóch ViTusiów - i jeszcze z Ludmiłą Captraina w kadrze, normalnie szok. "Ale fartuch!" - jak to powiedział później mój przyjaciel Kamil Witkowski. Dokładnie tak, 100% racji :) Jestem przeszczęśliwy, wycieczka jest już całkowicie udana, niezależnie co by się miało później wydarzyć, albo nie wydarzyć. Tymczasem patrzę, a przez tory skacze jakiś kolo z fototorbą na ramieniu i drugą papierową w ręku. Z daleka nie poznałem w słońcu i z lekko łzawiącymi oczami od zimnego wietrzyku, ale po głosie i już zbliżającej się sylwetce rozpoznaję Radka Skibińskiego. Kiedyś nasze relacje były mocno koleżeńskie, ale od pewnego czasu przestały takimi być. Niemniej witamy się i zamieniamy parę kurtuazyjnych zdań. Po czym każdy rusza w swoją stronę. Ja aby wykonać dodatkowe portrety Ludmiły z dworcem, jako że słońce zaczęło już oświetlać jej bok od południowej strony, a były kolega widzę że skupia się na Kaczce. Po chwili dostrzegam, że wycofuje się w pośpiechu, aha - znaczy że 401Da ruszyła spod elewatora.Przemieszczam się więc samochodem kawałek w jej stronę i ustawiam do zdjęcia. Po chwili mam nieproszonego sąsiada z boku… Kaczucha przemanewrowała do "wanien" i zaczyna wyciągać część z nich w stronę nastawni dysponującej, za rozjazd. Przejeżdżam tam samochodem, ale zdjęcie rozczarowuje mnie -nieciekawie tam się to wszystko układa, mimo że dworzec i Ludmiłę niby widać… Ale jakoś tak nie po mojemu. Wracam więc czym prędzej do auta i przejeżdżam na drugą stronę w kierunku wykonawczej. Kilka susów przez tory i jestem już przy bramie elewatora, którą po chwili mija Kaczka wpychająca kilka zbożówek. Wchodzę ostrożnie za nią bacząc czy zaraz jakiś ochroniarz nie wyskoczy jak Filip z konopi. Ale nie, nikogo w zasięgu wzroku. Natomiast po prawej dostrzegam kupkę starych podkładów drewnianych, które zamarznięte na kość przydają się jako podwyższenie dla kolejnych zdjęć z "trelemorele". No i pięknie. Kaczka zostawiła wagony na bocznym torze (na terenie elewatora są dwa) obok tego, na którym dokonywał się tymczasem załadunek wagonów uprzednio podstawionych, zanim przyjechałem do Płońska. Odpięła się od wepchniętych wanien i wygasiła przy bramie, a maszynista i manewrowy schowali się w dwustanowiskowej szopce. Zwiastowało to dłuższą przerwę. Jeszcze tylko zrobiłem sobie ze statywu autoportret na Kaczce i też schowałem się w przytulnym wnętrzu KIAnki, by rozgrzać się herbatą z termosu i kabanosami. Przyszło mi do głowy aby napisać do znajomego kolejarza z Sierpca, czy coś się może tam szykuje? Po chwili nadeszła odpowiedź, że w stacji jest Kołomna 1256 (ex kultowy ST44-992), która manewruje z próżnymi gruszkami. Wyciągnie je z placu ładunkowego, by następnie udać się z nimi do Torunia. Great, to me it sounds like a good plan. Z Płońska do Sierpca nie jest już jakoś strasznie daleko, powinienem zdążyć. Pierwotny zamysł całej wycieczki - poranne focenie zatoru lodowego ze skarpy na prawym brzegu Wisły w Płocku - już i tak dawno wziął w łeb, więc co mi szkodzi? Na odjezdne popstrykałem jeszcze tylko kilka fotek wagonów pod elewatorem i ruszyłem w stronę Raciąża. Zaraz za Baboszewem zauważam chmarę saren kierujących się od drogi do toru. Czując okazję na dobre zdjęcia gorączkowo poszukuję miejsca do bezpiecznego zatrzymania się na poboczu, na szczęście jak na zawołanie wyłania się przede mną zjazd do przydrożnego gospodarstwa. Ma to też ten plus, że zasłaniają mnie budynki gospodarcze więc nie będę tak dobrze dla zwierząt widoczny jak gdybym stał w szczerym polu. Szkoda niestety, że sarenki zdążyły już przejść przez tor, przez co oddaliły się dość znacznie, ale jakoś daję jeszcze radę objąć je teleobiektywem. Dostrzegam przezeń, że w chmarze jest jeden samiec (rogacz) i aż 17 kóz - niezły harem sobie gostek zorganizował! Przypatrywałem im się jak spokojnie oddalały się w stronę małego lasku i pojechałem dalej. Krótki postój wykorzystałem też na sprawdzenie rozkładu szynobusów, dzięki czemu nie przegapiłem tego jadącego z Sierpca do Nasielska. Postanowiłem wjechać w pewną dróżkę, w którą nigdy wcześniej nie wjeżdżałem. Bo raz że była dziurawą szutrówką, a dwa - ślepą, co niweczyło skutecznie ganianki. Teraz jednak niczego nie zamierzałem ganiać, a jej nawierzchnia pokryła się asfaltem ostatnimi czasy. Podjechałem nią do zabudowań znajdujących się między Kaczorem a Raciążem, wyszedłem na zamarznięte pole (normalnie pewnie utonąłbym tam w zaoranym błocku) i pstryknąłem PESĘ nr 015. Dobry motyw, rokujący na przyjemną fotkę towara. A potem powrót na główną drogę do Raciąża Z kronikarskiego obowiązku nadmieniam, że na rampie tamże trwał rozładunek węglarek z kruszywa, a na czele wagonów znajdowała się jakaś stara stonka z północnego zakładu PKP Cargo, ale nawet nie zatrzymałem się na fotkę. W Sierpcu miłe zaskoczenie - poza zapowiedzianymi gruszkami do Torunia, stał też nowy-stary gagarin 1096 zmodernizowany do wersji M62Ko z beczkami czołem na Toruń lub Brodnicę (szybciej na to drugie). Pierwsza cysterna za lokomotywą miała otwarty górny właz, więc ewidentnie była próżna, a wiedziałem że próżne beczki Orlenu kursują do nieodległych Kretek pod załadunek przepracowanego oleju, który w rafinerii jest jakoś tam przerabiany (mniejsza o to). Lokomotywa była wygaszona, ale w środku dostrzegłem gościa w żółtej kamizelce przechodzącego przedziałem maszynowym od jednej kabiny do drugiej. Później pojawił się też drugi, który kursował między lokomotywą a zaparkowanym na jej wysokości samochodem na bydgoskich blachach. Gdy podszedłem bliżej odczytałem na kamizelkach napis PESA Serwis. Po chwili ten pierwszy gościu wyszedł z lokomotywy, wziął szmatkę, namoczył w jakimś zapewne rozpuszczalniku i przetarł nią miejsce gdzie namalowana (naklejona?) jest na pudle data naprawy głównej (wraz z modernizacją) lokomotywy, po czym - odczekawszy chwilę aż odparują pary środka chemicznego - nakleił naklejkę z datą 27.01.2021. Lekko mnie zamurowało, przyznam. Nie było lepszego miejsca na takie akcje? No ale dobra, nie wnikam głębiej. Panowie zresztą na tym zakończyli swoją działalność, coś tam jeszcze raczej ciężkawego leżącego dotąd obok lokomotywy zataszczyli we dwóch do samochodu, wsiedli i odjechali do zapewne "Bydgoszczu" (jak odmieniał były minister finansów Vincent Rostowski). Zaś ja przemieściłem się w stronę ST44-1256 stojącego na jałowym biegu z kilkunastoma gruszkami. Byłem w rozterce, bo wydawało mi się, że coś mało tych wagoników ma na haku. Drugie tyle wciąż było przy placu ładunkowym i zastanawiałem się, czy gagarin czasem nie uda się jeszcze po nie, by połączyć je z tymi, które ma za sobą. Ale wyglądało na to, że raczej nie, bo po chwili zapaliły się trzy światła w miejsce dotychczasowego jednego - nieomylny znak, że lok przechodzi z trybu jazdy manewrowej na pociągową. Maszynista wyglądał mi z daleka na młodego chłopaka, a na dodatek wyszedł za chwilę z kabiny i zaczął pstrykać sobie selfie ze swoją maszyną - fajnie, widać że nie człowiek z łapanki, lecz zaangażowany :) Z drugiej strony jednak jego frywolne zachowanie świadczy raczej o tym, że prędko nie odjedzie. Rodzi się pytanie, czemu by nie? I gdy tak sobie siedzę i zastanawiam się nad tym, do mych uszu dolatuje jakiś dziwny szum zza mnie. Za sekundę słyszę trąbę - o kur*a, coś wjeżdża od Torunia! Szybciutko robię nawrotkę i lecę w kierunku wykonawczej Sc2. Ale nie zdążę, między świerkami odgradzającymi ulicę od toru już widzę w oddali majaczące światełko wjeżdżającego pociągu. Parkuję gdzie nie bądź i przedzieram się do toru. Przed sobą mam kilka wagonów podczepionych do M62-1096 iiii… wjeżdżającego OD BRODNICY Challangera z beczkami. Dobrze, że mój jeden jedyny obiektyw to uniwersalny zoom, więc taka sytuacja to akurat fraszka, z którą bez problemu daję sobie radę. Szkoda że pociąg wjeżdża przy niepodanym semaforze, byłaby atrakcyjniejsza fota. I druga szkoda, że radiotelefon mam ustawiony na kanał 5, a nie 4 - bo tak to bym słyszał wcześniej, że coś się zbliża, że ma dyktowany rozkaz na pominięcie wskazującego "stój" semafora… Odprowadzam M62M-016 kawałek w stronę nastawni dysponującej, aby zobaczyć czy pojedzie do Płocka na biegu, ale nie - zatrzymuje się przed tarczą zaporową. Kurde, trzy towary na raz w Sierpcu - Objazdy jakie czy co? :)) Bez Objazdów takie cuda się nie wydarzają - a tu, proszszsz... :-D Dobra, myślę sobie - to teraz pojedzie Kołomna z gruszkami. Wracam więc w stronę wyjazdu na Toruń i ustawiam się na torze zajętym przez zamknięty skład Orlenu tak aby mieć w kadrze mordkę 1096 i ruszającego po lewej 1256. Ale ten wciąż ani myśli odjeżdżać, cholera. Gdyby miał jechać to by ruszył zaraz po tym jak Challanger zjechał z rozjazdów zwalniając przebieg. Nie ma co marznąć, więc wracam do ciepłego wnętrza autka. Akurat w samą porę żeby usłyszeć na radyjku urywki rozmowy dyżurnego mówiącego do - jak się domyślam po treści - maszynisty Challangera (choć numeru wywoływanego pociągu nie dosłyszałem), że pojedzie po 13:20. O tej godzinie planowo w Trzepowie melduje się szynobus z Sierpca, tym samym zwalniając szlak - i wszystko jasne. Teoretycznie, bo praktycznie gościowi z M62M mogły się np. kończyć godziny, wobec czego nigdzie dalej by nie pojechał, a informacja o godzinie odjazdu mogła być skierowana do mechanika Kołomny z gruszkami na zasadzie "szykuj się pan". Skorelowanie czasowe z przybyciem szynobusa do Trzepowa mogło być więc czysto przypadkowe. Dobrze byłoby się upewnić. Na szczęście jeszcze gdy Challanger hamował wcześniej, zauważyłem młodego gościa idącego doń z samochodu zaparkowanego na poboczu. Równie młody maszynista wyszedł z kabiny mu naprzeciw, a przy okazji oblookał sprzęg i przewód główny. Wyglądało jakby kolega poszedł do kolegi przywitać się po prostu, ot tak po ludzku :) Teraz zaś wracał do wozu, więc zagadałem go i uzyskałem potwierdzenie, że 13:20 to odjazd Challangera, nie Kołomny. Korzystając z faktu, że za nastawnikiem jedzie młodzież, a nie brzuchaty wąsacz z PKP-owskim rodowodem, postanowiłem zrealizować z dawna zaplanowaną fotę (przymierzałem się do niej też podczas Objazdów 2019 w połowie czerwca) z tarczy ostrzegawczej od strony Trzepowa. Przyznam się, że nie wpadłem na to sam, lecz podpatrzyłem motyw na zdjęciu Mateusza Gadzińskiego... To się bardzo rzadko zdarza, więc tym większe 'propsy' dlań za inspirację! Trzeba do niej dojść jakieś 200-300 metrów polem na odkrytym terenie, co w zimie nie należy do przyjemności. Jeszcze mniej wesołe jest wiszenie na górze drabinki będąc wystawionym na podmuchy lodowatego wiatru... Wydawać by się mogło, że głupie ok. 10 minut wyczekiwania to fraszka, ale do szpiku kości zdążyłem przemarznąć już w około połowę tego czasu! Matko święta, jak mi było zimno tam na górze tej tarczy, całe szczęście że nie musiałem się zbytnio jej trzymać, bo nie wiem czy bym się utrzymał. Łaska pańska że ten taki 'przegibek' drabinki daje możliwość w miarę swobodnego siedzenia bez kurczowej trzymanki - to dałem radę. Dobra, w końcu ok. 8 minut po wyznaczonym czasie z oddali dało się słyszeć trąbę a chwilę później zza zakrętu wyłonił się Challanger. Zgodnie z oczekiwaniami, nieskażony PKP-iarskim betonem młodzieniec prowadzący pociąg tylko się uśmiechnął i przyjaźnie pomachał "sopelkowi" wiszącemu na tarczy :) Oczywiście odwdzięczyłem się. Jak miło! Nie mogłoby tak być zawsze...? A ileż to razy spotkałem się z zupełnie innym zachowaniem "starych", znajdujących dziką satysfakcję z pokazania fucka... Ech, szkoda gadać :-/ Lepiej mieć nadzieję, że młodzi kolejarze wnoszą pokoleniową zmianę mentalności i nastawienia wobec MK. Muszę jeszcze szczerze wyznać, że przebywanie na drabince tarczy nad dachem lokomotywy przesuwającej się tuż pode mną było uczuciem... dojmującym. Wspaniałym! Taka bliskość z tym rozpędzającym się potworem... zajebioza. Aż się rozdarłem na całe gardło FUCK YEACH!! dając upust jakże pozytywnym emocjom :)) Z powrotem do samochodu truchtałem podwójnie szybko, bo raz - aby się rozgrzać, a dwa - poganiany nadzieją, że może jeszcze Kołomna z gruchami nie odjechała na Toruń. Dojechawszy z powrotem w okolice dworca dostrzegłem koniec składu gruszek, ale w tym samym momencie doleciało mych uszu Rp1 startującego ST44-1256. Mimo wszystko podjechałem w uprzednio zajmowane miejsce, sądząc że nazbyt szybko pociąg nie wyrwie z miejsca po tych torach-kulfonach trzymających się na słowo honoru. Niezupełnie jednak znalazłem się w dokładnie tym samym umoszczonym wcześniej miejscu, a na dobitkę nie było ani sekundy czasu na zmianę pozycji, bo pociąg jednak ochoczo rwał naprzód, toteż walnąłem fotę na "byle jak, byle była", w efekcie czego nie jestem z niej zadowolony, bo maszt semafora wyjazdowego schował się za słupem latarni - ale kaszanka :( Wtedy oczywiście nie wiedziałem tego, bo nie było czasu na lookanie w wyświetlacz. Od razu poleciałem na kolejny motyw, który pojawił się w mej wyobraźni, tj. na przejazd drogi prowadzącej do osady o intrygującej nazwie Sułocin Towarzystwo. Przyznam szczerze, że spodziewałem się krótkiego, ale jednak oczekiwania na pociąg spożytkowanego na ustawienie się, wybranie najdogodniejszego wariantu zdjęcia spośród kilku przetestowanych ustawień... Gdzie tam! Młodemu za "kieratem" najwidoczniej nie w smak było ciągnąć się koło za kołem z mozołem, więc lał batem tę swoją chabetę aż dym szedł. Doprawdy, względnie ryzykownie śmignąłem przez przejazd przed pociągiem i ledwom co zdążył - zaciągając ręczny, bez gaszenia silnika, na co nie było czasu - wyskoczyć z wozu i walnąć fotę bez przymiarki. Ale tu akurat wyszło mi foto rewelacyjnie, nie chwaląc się :)) Zaprocentowały wcześniejsze lata focenia w tym miejscu, człek wiedział gdzie dokładnie zahamować by nie szukać jak ślepy cycka po omacku :-D No i to by było na tyle jeśli chodzi o Sierpc tego dnia. Nie pozostało nic innego do roboty jak ruszyć do Płocka obejrzeć wreszcie Wisłę w wersji "zamarznięte jezioro". Ale najpierw do Proboszczewic Płockich odświeżyć sobie pamięć jak tam na gruncie wyglądają tory bocznicy do elewatora Elewarru. Dwa tygodnie wcześniej reaktywowano bowiem tam przewozy, konkretnie z Gdyni przyjechała Ludmiła 446 Ecco Rail z ichnimi EccoBoxami pod załadunek zboża. Manewry na bocznicy robiła zakładowa TGM-ka dotychczas schowana od wielu lat w zakładowym garażu. Okazało się, że ma super barwy a'la retro - jest zielona z pomarańczowym pasem. Nie zdecydowałem się wówczas jechać na foty z powodu kiepskiej pogody, ale chodziły słuchy że taki transport ma się zacząć pojawiać regularnie raz w miesiącu. Póki jednak co nic z tego nie wyszło i ów dziewiczy przejazd okazuje się być jak na razie jedynym. A mnie pozostaje dalsze plucie sobie w brodę, że się nie zdecydowałem, choć wiedziałem o nim... Następny przystanek - Trzepowo. Jak zwykle dużo wagonów, nie może być inaczej. Na jednym z torów czerwona TEM2-120 z beczkami w stronę rafinerii. Po chwili głosi gotowość udania się do macierzystego zakładu i odjeżdża. Zauważam też samotnego Vectrona w jakiejś nieznanej mi jeszcze okleinie, więc podjeżdżam obejrzeć. Okazuje się nim być 193 738 przewoźnika LTE z całkiem przyjemną panią pluskającą w wodzie. No, bardzo ładnie - foteczka pstryk i jadę do miasta. Zaparkowałem możliwie blisko wysokiego prawego brzegu, czyli tuż koło Zamku Książąt Mazowieckich oraz Bazyliki Katedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Podczas wcześniejszych wizyt tamże miałem już obczajone, że rozciąga się stamtąd najlepszy widok na most kolejowo-drogowy im. Legionów Józefa Piłsudskiego. Rzeczywiście, skuta lodem nieruchoma Wisła podchodząca do krawędzi mostowych filarów zrobiła na mnie DUŻE wrażenie, było to coś co właśnie spodziewałem się ujrzeć i się nie zawiodłem. Ruch kołowy nie był wstrzymany, ale co z kolejowym? Parę dni wcześniej szynobusy zostały odwołane, w ich miejscu uruchomiono KKA. Tymczasem ruch towarów, nieporównanie cięższych, powodujących zdecydowanie większą pracę mostu przenoszącego obciążenia, nie został wstrzymany. Jakoś strasznie zimno mi nie było, postanowiłem więc trochę poczekać - a nuż uda się ustrzelić jakiegoś towarka na moście. Skończyło się na samotnym byku Cargo Unit podążającym luzem do Radziwia. A propos, w zimę, gdy widoku nie zasłania listowie drzew i krzewów widać ową stację z wysokiego prawego brzegu. Fakt, że hen hen w oddali, ale widać. Najlepiej mieć ze sobą - jak ja - podręczną lornetkę to nawet da się zauważyć wyjazd z Radziwia pod górkę do lasu w stronę Łącka. Popstrykałem trochę fotek na różnych ogniskowych i doszedłszy do wniosku, że nie doczekam się towara z prawdziwego zdarzenia, ruszyłem na przeciwległy, niski, brzeg. A tam prawdziwa turystiada! Ludziska spragnione wrażeń co rusz nadpływały kolejnymi falami samochodów pod sam brzeg rzeki. Niektórzy tylko wychodzili na mróz, większość zadowalała się obejrzeniem skutem lodem rzeki zza szyb automobili i odpływała robiąc miejsce kolejnemu przypływowi. Na miejscu była nawet straż miejska przepędzająca co bardziej lekkomyślnych kierowców chcących przejechać się nadbrzeżną dróżką prowadzącą pod most. Ja tę drogę pokonałem piechotą aby pstryknąć zbliżenie filarów niemalże zalanych zupełnie wodami rzeki. Aczkolwiek później doczytałem, że dzień czy dwa dni wcześniej stan wody był wyższy o jakieś pół metra, więc te moje foty nie są jakieś przełomowo-dokumentalne, jak mi się wówczas roiło w głowie, hehehe. Pomału trzeba też było zacząć myśleć o powrocie do domu, bo słońce nieubłaganie zaczęło zachodzić. Ale oczywiście nie byłbym sobą, gdybym wybrał ot tak najkrótszą drogę do domu. Zaświtała mi jeszcze w głowie myśl "ciekawe, co tam słychać u kaczki w Płońsku?". Postanowiłem się więc przekonać. Po kilkudziesięciu minutach, w już zapadających ciemnościach, dotarłem do elewatora. Kaczka wciąż tam pracowała. Zauważyłem też spory kawałem za bramą dwie postaci wyglądające jakby robiły zdjęcia. Po chwili osoby owe zmaterializowały się przede mną jako moi starzy znajomi Maciej i Kuba Prohaskowie :) Właśnie zwijali się do domu, a tymczasem ja właśnie rozstawiałem statyw na nocne foty. Pogadaliśmy chwilę i dowiedziałem się od nich, że są jakieś techniczne problemy z ładowaniem wagonów w taki ziąb, więc prawdopodobnie wszystko się opóźni (potwierdziło się). Sam też długo nie wytrzymałem w temperaturze ok. -10ºC, pstryknąłem raptem kilka fotek i czym prędzej uciekłem do ciepłego wnętrza autka. Od domciu dzieliło mnie już tylko ok. 1,5 godziny drogi, która przy łomoczącej z głośników muzie Amon Amarth, minęła jak z bicza trzasł. Wspaniałe zakończenie nadspodziewanie udanego dnia :)))

11 czerwca 2020

Upalne popołudnie z klasycznym kontenerowcem z lat 90-tych na SŁ-ce

W życiu bym się nie spodziewał, że po tym dniu da się sklecić jakąś relacyjkę. A jednak! Życie potrafi płatać figle sprawiając, że całodzienne wycieczki - ba, wręcz wyprawy - "na pociągi" potrafią zamienić się w ciągnącą się jak flaki z olejem nuuuudę, bo nic nie jedzie, albo przeciwnie - krótkie wyskoki, z braku czasu, na najbliższą linię stają się długo pamięt(a)nymi, bo albo niespodziewanie ruch był "jak na Marszałkowskiej", albo pojechał jakiś mega super skład. To miał być krótki popołudniowy wyjazd bardziej rekreacyjno-rekonesansowy niż owocny fotograficznie. A tymczasem... Boże Ciało - dzień wolny od pracy - a do tego, jak się wydaje, spory spadek przewozów towarowych w wyniku "zamrożenia" gospodarki w związku z epidemią koronawirusa - to połączenie nie rokowało wielkich szans na udany dzień dla kolejowego focisty. Toteż zamiast sterczeć bezczynnie przy torach zabrałem się z rana za porządki w domu, a uwierzcie mi że przy dwustu paru metrach powierzchni na trzech kondygnacjach i pięciu zwierzakach, jest co robić... Jako-takie ogarnięcie tego bałaganu zeszło się do wczesnych godzin popołudniowych i gdy stwierdziłem, że na więcej nie mam już sił, postanowiłem odpocząć, zrelaksować się na łonie natury. Jako że mieszkam w Miedzeszynie, na południowy wschód od downtown Warsaw ;-) to najbliżej do jakiejś zacnej linii kolejowej mam do popularnej SŁ-ki, "dwunastki" Skierniewice - Łuków (tak w ogóle to tuż po sąsiedzku mam linie otwocką, ale nie uznaję ją za zacną - same kible i ich nowsiejsze wcielenia, żadnych towarów - znaczy: niewarta w ogóle zainteresowania, do tego jeszcze zamknięta na odcinku Otwock - Pilawa przez modernizację). Wieczorem poprzedniego dnia na faceboooku ukazało się info, że skądś tam z południa kraju przez Górny Śląsk do Małaszewicz ruszył najnowszy rarytas PKP Cargo - ET22-836 przywrócony do barw z 2001 r., jakie wówczas nadawał naprawianym pojazdom ZNTK Poznań. No ale skoro widziano go na południu Polski jakoś koło godz. 20, to nie robiłem sobie większych złudzeń - dość jasne było "na zdrowy rozum", że SŁ-ką śmignie w nocy i tyle go widzieli. Jakieś więc było moje zdziwienie w czwartkowy poranek, gdy ktoś inny napisał, że ów pociąg dotarł zaledwie do Rokicin, stacyjki na "Wiedence" przed Koluszkami. Zapytałem swojego przyjaciela z dostępem do cargowskiego systemu EKL, czy to prawda i uzyskałem odpowiedź, że przemieścił się już do Koluszek. I że na haku ma platformy. Eee no to nieomalże tak, jakby luzem jechał (nieciekawie to na zdjęciu wygląda). Dałem więc spokój i - jako się rzekło - zabrałem się do porządków w chałupie. Po paru godzinach, podczas odpoczynku, szybki research kolejowego fejsa i... kolejne zdziwko - jeszcze ktoś inny zapodaje, że skład dotarł zaledwie do Skierniewic, gdzie utknął na dłuższy czas i, że na platformach ma jednak kontenery. Tym samym zaczyna w mej głowie kiełkować ochota, by się jednak kopnąć na SŁ-kę, by zobaczyć ten skład. Zagęszczam więc ruchy w domu, by jednak nie ruszać nie dokończywszy zaplanowanych prac. Dość już późnym popołudniem uzyskuję sms-em od przyjaciela cynk, że 836 od 1,5 godz. stoi w Tarczynie. Więcej nic nie wiadomo - może zarówno ruszyć w każdej chwili, jak i równie dobrze - może stać jeszcze kilka godzin, np. czekając na podmiankę maszynisty. W każdym bądź razie ja swoją pracę domową odrobiłem i mogę ruszać w plener. No to w drogę! Pomyślałem sobie, że jak spotkam 836 to dobrze, jak nie - to drugie dobrze. Bo główny celem spontaniczej wycieczki uczyniłem znalezienie dojścia do głównego koryta Wisły od wschodniej strony, z czym nosiłem się już od pewnego czasu. Chciałem sobie zobaczyć po pierwsze, czy w ogóle da się tamtędy przedrzeć przez widoczne na mapie Google bagienka, chaszcze i tereny zalewowe, a jeśli tak - to po drugie - jaki rozpościera się widok z plaży na most kolejowy? Jedno miejsce na widoku satelitarnym wydawało się nienaturalnie ukształtowane, podejrzewałem - jako były wędkarz spinningista - że to stara ostroga, zbudowana dawno - gdy wody w Wiśle było więcej - dla ochrony przed podmywaniem przez nurt wschodniego przyczółka mostowego. Nos mnie nie zawiódł. Od razu gdy dotarłem na miejsce, dało się rozpoznać charakterystyczne gruzowisko sporawych kamulców znamionujące początek tej rzecznej budowli, podczas gdy najbliższa okolica była ich pozbawiona. Same się tam nie poukładały przecież. Jednak droga nie była usłana różami do samej plaży - kamulce z latami porosły zaroślami, rzeka naniosła też furę piachu, który przykrył ostrogę jednocześnie odcinając (no prawie, sączyła się stróżka szerokości ok. 30 cm bieżącej wody) od głównego nurtu całkiem spory zbiorniczek, który przekształcił się w stojącą wodę i - jako taki - porósł innego rodzaju roślinnością niż płynąca woda rzeczna, stając się tym samym stołówką dla ptactwa wodnego. Nie dziwiła zatem obecność tamże młodego samca łabędzia niemego, który niewiele robił sobie z pojawienia się mnie i zapamiętale pożywiał się do syta. Stojąca woda i praktycznie bezwietrzny, duszny, parny dzień sprawiał jednocześnie, że pięknie w tym lustrze wody odbijał się most kolejowy, a właściwie jedno z jego przęseł. Cyknąłem parę fotek z łabędziem aby przypominały mi później o takim zacnym motywiku (pamięć mam kiepską, na pewno za jakiś czas bym o tym zapomniał) i poszedłem dalej szukać dojścia do głównego nurtu. Ale uszedłem raptem kilka metrów gdy z naprzeciwka wyszedł na mnie jakiś zdenerwowany facet szukający czegoś po zaroślach. Jako człowiek z natury pomocny (dawnej tak nie było), zapytałem czego szuka i czy mogę jakoś mu pomóc? Odparł, że żona zgubiła gdzieć tu telefon, a ze swojego nie może zadzwonić, bo mu się rozładował. Zaoferowałem pomoc tylko niech mi poda numer zguby. Podał. Dzwonię. Odzywa się automat, że "wybrany numer jest zajęty, prowadzi akurat rozmowę". Dziwne. Ale za chwilę słychać darcie się żony zza niskiego wału przeciwpowodziowego, gdzie zaparkowali samochód (ja też), że ZNALAZŁAAAM! Czyli wypadł jej nie w krzakach a już w samym samochodzie. Gościu rozpromieniał, podziękował i poszedł do gapowatej kobity. Z kolei wniosek z tego spotkania dla mnie był taki, że jestem na dobrej drodze, skoro szli nią w przeciwną stronę lokalsi, zapewne skąd? Z plaży oczywiście. Jeszcze kilkadziesiąt metrów, jeszcze jeden mały strumyczek i błotko, jeszcze kolejna łacha piachu iiii... jest! Brzeg Wisły i to - ku memu małemu zdziwieniu - na niewielkiej skarpie, nie na płaskim. Tym lepiej, super! Widok na most baaardzo przyjemny, ale zdecydowanie na rano i przedpołudnie. Aktualnie popołudniowe słońce świeci mi w twarz, z fotek kolejowych nie ma prawa powstać nic satysfakcjonującego. Przekonawszy się co do tego postanawiam zejść na poziom wody i udać się na przeciwną, północną stronę mostu, by obczaić widok. Plus z tego taki ponadto, że słońce nie będzie świecić mi centralnie w twarz (była już godz. 18), lecz z boku. Tu też ładnie. Stwierdzam, że mogłoby coś nawet pojechać to byłaby niegłupia fota, aczkolwiek o świcie byłaby lepsza. Chodzę tak sobie, szwendam się w poszukiwaniu najlepszego kąta, kontemplując jednocześnie niski stan wody w rzece (nie to co kiedyś), gdy wtem do mych uszu dolatuje z początku cichy, lecz coraz to narastający bardziej i bardziej, jakiś nowy dźwięk. To już nie odgłos kolejnego sznura TIRów sunącego nieodległym mostem drogowym - to coś innego. Pociąg! Coś się zbliża do mnie po torze od strony zachodniej. Rodzi się tak znany i lubiany "stan podgorączkowy", taka mała ekscytacja przed nieznanym. W przypadku SŁ-ki bardzo jednak często kończy się rozczarowaniem na zasadzie "nosz kurła, znów niebieski ET22 z węglarkami", ale - nie tym razem! No bo tym razem zza krzaków porastających zachodni przyczółek mostu wyłania się najpierw żółte czoło, a za nim zielone cielsko byka 836!! Wooow, a to ci niespodzianka (no, nie taka całkowita znowu...). Ciekawe jednak, że radyjko, które zawsze mam przy sobie nic nie skrzeczało, gdy przejeżdżał chwilę wcześniej przez stację w Górze Kalwarii. Tak to bym był przynajmniej uprzedzony po numerze, że to on. A on tak jakoś "z cicha pęk" się wziął i zakradł ku mnie hehe :-D Jakby tego było mało, rzeczywiście na platformach jechały kontenery - ale nie jakieś tam sobie "klocki" chińskie jakich mnóstwo teraz kursuje po kraju. Ooo, co to to nie - otóż po pierwsze primo, kontenerki były małe, krótkie, 20-stopowe, po drugie primo - wszystkie w jednolitym szarym kolorze i trzecie primo, ultimo - rosyjskie (sic!) z napisami "Transsistiema" (tłumacząc z ichniego na nasz). I jeszcze po czwarte, ale to dowiedziałem się później od kumpla oglądającego zdjęcia, że platformy pod tymi kontenerami też nie jakieś tam zwykłe, jakich na pęczki obecnie (ja nie zwracam na takie rzeczy uwagi - błąąąd), lecz trafiły mi się "płaskie" platformy bez burt i kłonic serii Sgs, typ 412Z. Skonstruowano je w 1970 r. w CBK PTK w Poznaniu jako pierwszy polski typ wagonu do przewozu kontenerów! Budowane były w latach 1971-1976 przez fabrykę w Świdnicy. Ja pierdzielę, ale czad! Taki oldschoolowy skład kontenerowy z tak pomalowanym bykiem, to mógłbym zdjęcie śmiało podpisać, że sfotografowany został na początku lat 90-tych XX wieku, 30 lat temu! :) No i co? Warto było jednak tyłek z domu ruszyć? Ooołłł yeeeach!! :) No ale ponieważ apetyt rośne w miarę jedzenia, to nie zamierzałem poprzestać na tym jednym daniu. Wprawdzie na zdrowy rozum nie powinien już nigdzie się zatrzymywać przed Pilawą, ale niezbadane są decyzje dyspozytorów odcinkowych PLK ;-) A nuż któremuś strzeli do głowy zatrzymać skład np. w Osiecku z jakiegoś powodu? Lepiej pojechać i nawet przekonać się, że jednak nie przystanął, niż nie pojechać a potem z neta dowiedzieć się, że jednak miał stójkę i można go byłoby zafocić zarówno na tej stójce jak i później w ruchu na jakimś motywie. Wyszedłszy z tego założenia ruszyłem w drogę powrotną przez wiślane piachy do samochodu wysyłając jednocześnie po drodze sms-a do źródełka informacji, aby sprawdziło za jakie pół godziny czy towar minął bez zatrzymania Pilawę czy nie. Oczywiście - jak to ja - nie mogłem wracać do auta tą samą drogą, którą przyszedłem, tylko musiałem sobie wytyczyć nowy szlak. W efekcie zgubiłem właściwą ścieżkę i pobłądziłem. Co chwila wychodziłem na jakieś nieprzebyte bagienka zamiast na ów wąski przesmyk pomiędzy nimi. A pociąg ciągle się oddala, cholera! W końcu obrałem kurs na pewien charakterystyczny punkt orientacyjny i wróciłem grzecznie po własnych śladach. Ledwo wsiadłem do samochodu, gdy przyszedł sms zwrotny z info, że towar poleciał dalej na Łuków. No to nie było sensu nawet próbować go gonić. Co by tu zrobić ze sobą w zamian? Z dylematu wyrwała mnie podsłuchana gadka na radyjku, z której wynikało że coś wjechało do Góry Kalwarii od strony Czachówka i stanęło, bo godziny mechanikowi się kończyły. Dalej gościu zeznawał, że po 19 ma ruszyć samochodem z Łodzi Olechowa podmianka. Wyglądało na to, że w Górze stoi towar Cargo. Ale jaki? Może jakiś fajniejszy niż typowy byk z węglarkami? Jadę sprawdzić. Ee, nic z tego - jednak ET22 z Eaos-ami, nuuuda. Olewam. Jadę się zatankować. Koło nastawni na zachodniej głowicy Góry jest mała fajna stacyjka Orlenu, a ponieważ położona jest na uboczu to ceny mają kuszące. Ale nie dziś. Okazuje się, że w Boże Ciało zamknięte :( Wiadomo, kraj wyznaniowy... Postanawiam przejechać się jeszcze kawałek w okolicę niedawno oddanej do użytku obwodnicy (ależ to była potrzebna inwestycja, bez ironii!), a konkretnie wiaduktu tejże na SŁ-ką. Wprawdzie już tam byłem tuż przed puszczeniem po nim ruchu, ale dziś zachciało mi się pojechać kawałek dalej w kierunku wsi Ługówka. Na Google Maps widać niby jakiś przejazd przez tory, ale czy to prawda - diabli wiedzą. I pozostawiłem ich z tą wiedzą, bo dojechać się nie dało - leśne ścieżki po deszczach to nie jest coś co moja nisko zawieszona KIAnka kocha najbardziej. Przezornie wycofałem się zawczasu żebym nie musiał chodzić po rolnikach w poszukiwaniu ciągnika do wyciągnięcia fury z błotnej pułapki. Wróciłem na stację. Byk stał tak samo jak niedawno, nic tu się chyba nie zmieniło. Ponieważ jednak słońce zaczynało chylić się już ku zachodowi, postanowiłem wrócić na wschodnią stronę mostu na wypadek gdyby podmianka miała za niedługo przejąć stery byka i ruszyć nim na Pilawę. Podejrzewałem, że fotka składu przejeżdżającego przez most z kulą zachodzącego słońca w oddali może okazać się hiciorem. Dyżurny wołający pociąg 194009 (ostrzegał mechanika o człowieku przechodzącym przez tory w stacji) odezwał się jednak zbyt wcześnie, jeszcze zanim wygrzebałem się z miasteczka na drogę nr 50. Kurde, nie zdążę jeśli teraz ruszy - przemknęło mi przez głowę. No ale mam jakąś alternatywę? Wprawdzie mogę go łapać z pobocza gdy sunie nasypem po łuku minąwszy posterunek odgałęźny Kępa Gliniecka, ale mam już takie foty i to z lepszym składem. Postanawiam zaryzykować i focić go jednak ze skarpy u podnóża plaży, gdy jedzie po moście. Ledwo jednak znalazłem się przy ścieżce prowadzącej przez bagienka na plażę już dało się słyszeć łoskot wjeżdżającego na most składu. Nie było nawet co próbować popełnić zaplanowanego zdjęcia, trzeba było błyskawicznie wdrożyć plan awaryjny. Tu na szczęście nie trzeba było wiele główkować - nie było innej opcji niż odbicie lustrzane przęsła w stojącej wodzie, tu gdzie wcześniej pożywiał się łabędź. Zajmuję więc pozycję i oczekuję najazdu crème de la crème SŁ-ki, czyli niebieskiego byka. Wtem - niespodzianka! Oto bowiem zza krzaków wyłania się biało-czerwone czoło lokomotywy. Pstrykam, na identyfikację delikwenta przyjdzie czas później. Tak czy siak cieszę się że to jednak nie niebieski ET22 - wszystko lepsze niż to! Żeby była jasność - bardzo lubię byki, mają świetne odgłosy, zwłaszcza to takie charakterystyczne świergotanie wózków. Ale nie niebieskie! Na nich ono wygląda - jak dla mnie - najgorzej ze wszystkich serii lokomotyw, to jest po prostu dramat taki aż brak słów. W pierwszych latach mikolenia (druga połowa lat 90-tych) przyzwyczaiłem się do ówczesnego zielonego malowania (z żółtym czołem) i innego nie trawię! No, ale dość didaskaliów. Aktorem tego planu okazał się być E6ACTadb-029 (coraz dłuższe, a przez to głupsze te oznaczenia...), czyli Dragon 2 ze spalinowym silnikiem dojazdowym, który ciągnął 55 próżnych szarych węglarek do Sokółki pod załadunek kruszywa. Skład jechał akurat SŁ-ką z uwagi na zamknięcie linii Legionowo - Tłuszcz (remont mostu pod Radzyminem), którą jeździ zazwyczaj. Nie powiem, zadowolony byłem z takiego obrotu spraw i samej foty :)) No dobra, co by tu dalej porobić? Niby była szansa że za niedługo pojedzie z Góry na wschód ten nieszczęsny niebieski byk. Robiąc mu fotę na moście, z kulą zachodzącego słońca nawet nie byłoby widać jego tragicznego koloru - tylko samą sylwetkę, światła i ewentualnie zarysy wagonów. Mogłoby to wyjść nawet dobrze, ale tak naprawdę nie chciało mi się już wracać w to samo miejsce nad brzegiem, w którym byłem dziś wcześniej. Nie lubię chodzi po swoich śladach tego samego dnia. To po pierwsze. A po drugie, coś tak przeczuwałem, że podmianka do byka nie dotrze zbyt prędko z Olechowa i może się okazać, że ruszy grubo po zachodzie Słońca (tak też i było). Stwierdziłem, że zamiast tego przejdę się mostem. Zazwyczaj nie palę się do takich zakazanych przygód, ale akurat ten most w Górze charakteryzuje się dość dużym ruchem pieszych - w międzyczasie przeszło nim kilka osób z jednego brzegu na drugi, a ponadto jest dość szeroki i nawet gdy złapie Cię pociąg "na środku rzeki" to bez problemu da się schować poza skrajnią. Akurat gdy wdrapywałem się na wschodni przyczółek, górą od Kępy nadjechał... rowerzysta (taki pół-profesjonalista). Zagadałem do gościa żeby uważał, bo wiem, że z naprzeciwka na stacji stoi pociąg, który - kto wie - może już z niej ruszył. Ale on tylko odparł wesoło, że już nie raz spotkał się oko w oko z towarem na środku mostu i bez problemu chował się w licznych wnękach. Eee no to jak tak to idę za nim. Nie doszedłem jednak nawet do połowy. Nie było sensu iść dalej, bo wszystko co chciałem zafocić znajdowało się wcześniej. Po pierwsze, Słońce zachodzące nad nurtem królowej polskich rzek. Po drugie, tarcza ostrzegawcza do semafora wjazdowego na posterunek Kępa Gliniecka. Pofociłem na szybko com chciał i nie kusząc losu - wiem z nasłuchów, że Kępa lubi wzywać SOK na osoby przechodzące mostem - wróciłem do samochodu. Wydawało się, że to koniec zdjęć tego dnia. Słońce definitywnie zaszło za horyzont, cóż więc tu mogło się więcej stać, co mogło by mnie skłonić do ponownego wyjęcia aparatu z torby? Burza! Oczywiście wcześniej dawało się zauważyć nadciągające z południowego-wschodu chmury, ale były one daleeeko. Wydawało się, że może przejdzie bokiem. Ale nie. Waliła prosto na mnie. Super! Radyjko coś niewyraźnie zaskrzeczało a ja - tak mi się wydawało - "usłyszałem" to, co chciałem usłyszeć, czyli że byk z Góry po podmianie rusza. Podjechałem więc w okolicę "skrzyżowania" 50-tki z linią kolejową biegnącą w tym miejscu po wysokim nasypie. Już nie było światła żeby pociąg zafocić, ale chociaż bym sobie zobaczył i słuchał jak jedzie, jak wyją wentylatory i przetwornica byka, jak metal wagonów gra swoją muzykę - bardzo to lubię. No ale coś mi się przesłyszało, musiał jakiś inny posterunek gadać z innym pociągiem. Przemieściłem się kawałek w stronę ronda, przy którym spotykają się 50-tka i droga z Otwocka i Karczewa do Wilgi, Maciejowic i Dęblina. Zanim doń jednak dojechałem urzekło mnie piękno natury, że aż postanowiłem zatrzymać się w ni to zatoczce, ni to skręcie w pola, aby podziwiać przewalającą się nad mą głową burzę frontową z wałem szkwałowym. Jeszcze od zachodu trochę jasności było i dzięki temu dało się trochę pofocić. Ależ to piękne było. Sami zobaczcie. Chwilę później lunęła z nieba ściana wody i nie pozostało mi nic jak wrócić do domu. Krótki wypadzik, a jakże owocny. Super popołudnie :)

4 maja 2019

Zapomniany drugi kształtowy semafor grupowy wyjazdowy z Sierpca

Tym, co od dwudziestu lat przyciąga mnie jak magnes na sierpecką stację jest jej fantastyczny klimat starej kolei. Co prawda nie zdążyłem się załapać chociażby na końcówkę epoki pary (wtedy to dopiero musiały być doznania...), ale liznąłem przynajmniej trochę dieseli serii ST44, ST43 i SU45 w prawilnym zielonym malowaniu z żółtym czołem (potem zielonym). Fiaty z piętrusami, gagariny z cysternami, wahadłami buraków cukrowych czy miałem węglowym do Raciąża - to było to, po co jeździło się na JSL fotografować we wczesnych latach 2000. Co tydzień, co dwa - kiedy tylko się dało... Ale Sierpc to przecież nie tylko pociągi. To również, a może przede wszystkim, żywy skansen urządzeń sterowania ruchem kolejowym (usrk). Są tu prawie wszystkie rodzaje kształtowych sygnalizatorów - mamy i semafory kształtowe, i takież tarcze zaporowe oraz jedną tarczę manewrową. Jedynie czego brakuje to kształtowe tarcze ostrzegawcze, które zostały zamienione na świetlne odpowiedniki w drugiej połowie lat 90-tych. Wielka szkoda... Wszystko jest sprawne i hula aż miło. Nastawianie semaforów i tarcz zaporowych, zmienianie położenia wykolejnic, przestawianie zwrotnic i ryglowanie niektórych z nich jest napędzane muskułami dyżurnego ruchu i dwóch nastawniczych pełniących całodobowo służbę na trzech nastawniach wyposażonych w scentralizowane mechaniczne urządzenia nastawcze. Siła ludzkich rąk przekazywana jest za pomocą oplatających całą stację pędni biegnących z nastawni poprzez słupki pędniowe, zwroty załomowe, zwroty odchylne, przepusty podziemne do napędów zwrotnicowych i sygnalizatorów kształtowych. Nota bene, to temat na osobny post, który może kiedyś popełnię. Wszystko to składa się na wspomniany fantastyczny klimat starej kolei, w którym uwielbiam się zanurzać. Spytacie: "no ale cóż takiego szczególnego jest akurat w Sierpcu? Przecież jest jeszcze wiele stacji z semaforami kształtowymi, pędniami i tak dalej". Otóż, diabeł tkwi w szczegółach. W miarę jak z JSL odjeżdżały do przeszłości kolejne oldskulowo malowane zielone lokomotywy i brązowe wagony, coraz bardziej zagłębiałem się w szczegóły techniczne sterowania ruchem na stacji. Ot, chociażby kształtowe semafory drogowskazowe - w liczbie 5 sztuk, jakie znajdują się pośrodku sierpeckiej stacji - to rzadki widok w Polsce. A co dopiero prawdziwa wisienka na torcie, jaką jest... kształtowy semafor grupowy wyjazdowy! Do dziś żyłem w przekonaniu, że w Sierpcu był taki jeden. Okazuje się jednak, że były dwa. Fizycznie ów drugi stoi nadal, lecz nie pełni już roli semafora grupowego, tylko stał się zwykłym semaforem wyjazdowym. Ale po kolei - najpierw zajmiemy się omówieniem tego "pierwszego", wciąż spełniającego rolę semafora grupowego. Nosi on oznaczenie K2 i znajduje się kawalątek na zachód za peronami. Tam pod rampą nr 2 znajdowała się grupa sześciu torów (w 2013 r. rozebrano tor przy samej rampie), spośród których trzy służyły do wyprawiania pociągów w stronę Płocka bądź Nasielska. Każdy z tych torów (nr 17, 21 i 23) jest nadal osłonięty kształtowymi tarczami zaporowymi (odpowiednio Tz6, 5 i 4). I właśnie dla realizowania wyjazdów z tej grupy trzech torów służy ów semafor grupowy K2. Z którego toru pociąg by nie wyjeżdżał podawany jest tenże semafor oczywiście wraz z właściwą tarczą zaporową. Uczta dla oczu miłośnika kształtowych usrk! Za każdym razem semafor grupowy podaje sygnał Sr3 "Wolna droga ze zmniejszoną szybkością" (dwa uniesione ramiona), ponieważ z tych trzech torów wyjechać z Sierpca wolno tylko po torze wzdłuż peronu 1 (najbliższej dworca). Na jego końcu znajduje się właściwy semafor wyjazdowy C2, który zresztą też zawsze podaje sygnał Sr3, jako że zaraz za nim znajdują się rozjazdy, po których nie da się przejechać "na wprost" zarówno jadąc na Płock czy na Nasielsk. Sąsiedni tor przy peronie 2 służy tylko do przyjmowania pociągów z Nasielska lub Płocka i nie można z niego realizować jazd pociągowych w przeciwnych kierunkach. Jedynie jazdy manewrowe po podaniu tarczy zaporowej Tz2. No dobra, a gdzie jest/był ten drugi semafor grupowy wyjazdowy? Otóż jest to semafor oznaczony jako F2 i stoi on sobie nieopodal nastawni dysponującej Sc nieco na wschód od niej. Obok niego stoi D2 osłaniający wyjazd w stronę Nasielska/Płocka z toru nr 1 biegnącego wzdłuż południowej krawędzi peronu trzeciego. Nasz "bohater", ów zapomniany grupowy wyjazdowy F2, obecnie osłania wyjazd w tym samym kierunku z toru nr 6 (ten najbliżej ulicy Stanisława Staszica). Sęk w tym, że on jest OBECNIE najbliższym torem przy ulicy, ale kiedyś były jeszcze dwa tory (nr 8 i 10). W sumie więc za "południową" ścianą nastawni dysponującej były trzy tory. Żyłem w przekonaniu, że owe dwa zlikwidowane tory służyły tylko do przyjmowania towarów z Płocka, ponieważ semafory wyjazdowe z nich były tylko po zachodniej stronie stacji. Tylko ten trzeci, nadal istniejący tor, posiadał semafory umożliwiające wyjazdy na obie strony. Bezpośrednim impulsem do bliższego przyjrzenia się temu rejonowi sierpeckiej stacji stało się to oto zdjęcie>>, znalezione na stronie omni-bus.eu. Zamieszczona tam fotografia jest lustrzanym odbiciem oryginału, co widać najlepiej po ramionach semafora wyjazdowego skierowanych nie w tę stronę co trzeba. Ściągnąłem je sobie i "odlustrzyłem" w Photoshopie. Zdjęć, na których widać nieistniejące dziś tory 8 i 10 mam w kolekcji sporo (ba, nawet sam zdążyłem jeszcze je sfocić przed rozbiórką jakoś na początku lat 2000), ale tylko na tym zdjęciu widać je zajęte przez składy towarowe. Co naturalnie od razu przykuwa uwagę. Przyglądając się im dokładniej zauważyłem coś jeszcze o wiele ciekawszego - jakieś niskie "słupki" przy torach. Ki czort? Zacząłem wertować swoje archiwum zdjęć parowozowych w nadziei na znalezienie zdjęcia dokładniej pokazującego tajemnicze słupki. I oto, alleluja, znalazłem dwa :) Z czego na jednym - autorstwa Nigela Haymana (aka 'scenicrail'na Flickrze) - widać je bardzo dobrze. Są to mianowicie KARZEŁKOWE SEMAFORY DROGOWSKAZOWE. Co na ich temat mówią przepisy? Za serwisem transportszynowy.pl: "Sygnalizatory zlokalizowane przy grupie torów są semaforami drogowskazowymi, dwukomorowymi, wyposażonymi w latarnie koloru czerwonego (górna) oraz białego (dolna). Wyjazd z wydzielonej grupy torów, przy których nie ma semaforów wyjazdowych należy sygnalizować sygnałem zezwalającym na semaforze wyjazdowym grupowym i sygnałem z białym światłem migowym (przy wygaszeniu światła czerwonego) na sygnalizatorze ustawionym przy torze, z którego przygotowany jest wyjazd". A zatem nie ma żadnych wątpliwości, że semafor F2 pełnił dawniej rolę semafora wyjazdowego grupowego. Zerknąłem jeszcze do planu schematycznego stacji Sierpc z 1979 r., na którym znalazłem zaznaczone trzy karzełki (na zdjęciu z Ol49-64 załapały się dwa z nich, trzeci poza kadrem). Poza tym na zlikwidowanych torach 8 i 10 zaznaczono strzałeczkami, że ruch po nich może odbywać się dwukierunkowo. Pomiędzy nimi jeszcze stał żuraw wodny nr 3 (ogólnie na całej stacji było ich aż DWANAŚCIE!), mniej więcej na tyłach nastawni dysponującej. Widać go dość dobrze na tym czarno-białym zdjęciu, od którego zaczęło się moje małe "śledztwo", którego owocem jest niniejszy wpis.

20 października 2018

Orlen KolTrans bez tajemnic, czyli wszystko co MK chciałby zobaczyć w płockiej rafinerii

Jakoś na początku października Maciek Radecki, admin fejsbukowej grupy Po Szynach Mazowsza, ogłosił, że zbiera grupę chętnych 15 osób na zwiedzanie w Płocku kolejowego zaplecza firmy Orlen Koltrans realizującej przewozy kolejowe na rzecz spółki-matki PKN Orlen. Termin wycieczki ustalono na 20 października, a że z niczym mi ta data (sobota) nie kolidowała, przeto czym prędzej zgłosiłem akces uczestnictwa. Co prawda przede mną kilkanaście osób zrobiło to szybciej, ale Maciek ogłosił zamknięcie listy chętnych dosłownie kilka minut po tym jak się zgłosiłem. Miałem więc mocną nadzieję, że się załapałem, aczkolwiek zapowiadany mail z potwierdzeniem uczestnictwa niepokojąco długo nie nadchodził. Czyżbym jednak zgłosił się zbyt późno…? Byłaby wielka szkoda, bo taka okazja wejścia na zamknięty i pilnie strzeżony teren może się więcej nie powtórzyć. Ostatecznie jednak po kilku dniach doczekałem się zapytania ze strony Macieja, czy potwierdzam chęć uczestnictwa, uffff… Tak, jak najbardziej TAK!! Będzie to więc moja… druga wizyta na terenie płockiej rafinerii ;-) O tym, jak trafiłem na jej teren za pierwszym razem możecie przeczytać w relacji sprzed 17 lat >> (co ciekawe, też było to w październiku!). Dobra, zaznaczam w kalendarzu, że 20-tego nie ma mnie dla nikogo i odliczam dni do wyjazdu. Na wyznaczonym miejscu, tj. przy bramie nr 2 przy ul. Łukasiewicza, mamy się stawić do godz. 10:30. Trzeba mieć ze sobą wydrukowane (uprzednio podesłane mailem przez Maćka) oświadczenie o wyrażenie zgody na korzystanie przez Orlen Koltrans z prawa do mojego wizerunku utrwalonego na zdjęciach robionych przez przedstawiciela spółki podczas wycieczki. Pstrykanie własnych zdjęć niestety nie wchodziło w grę i wszyscy zostaliśmy o tym odpowiednio wcześniej uprzedzeni, i na to się godziliśmy. No trudno, obiekt strategiczny - wiadomo. Chociaż cóż takiego miałbym niby strategicznego zafocić, czego od dawna nie ma już w Google Maps (widok satelitarny), to nie wiem za bardzo… Ale niech tam, nie to nie i basta. Godzisz się na to i jedziem albo nie godzisz i nie jedziesz - wybór jest prosty :) Aparat zostaje w bagażniku. Do Płocka docieram kilka minut po 10 zahaczając “po drodze” o Płońsk. Chcę sprawdzić stan toru prowadzącego od zachodniej głowicy stacyjnej na plac ładunkowy. Kilka dni wcześniej kolega Maciej Olędzki vel. M@tej dał cynk, że szykują się zwiększone przewozy kruszyw w związku z budową trasy S7 między Płońskiem a Strzegowem. Do przewiezienia jest podobno blisko pół miliona ton “kamyków”! Pół melona podzielić przez max. 4 tysie ton na pociąg to daje 125 pociągów, a przy bardziej realistycznym scenariuszu ok. 3 tysi na pociąg to byłoby 167 składów. Wooooow!! Głównymi punktami wyładunku mają być stacje w Raciążu i Płońsku. No i właśnie a propos Płońska to nie wyobrażam sobie, by miałoby to się dalej odbywać tak jak ma to miejsce obecnie, czyli na mini-bocznicce upadłego PRDM-u. Wjazd na nią, z koniecznym dzieleniem składu na co najmniej dwie części, korkuje pół miasta, albowiem trzeba zamykać szlabany na ul. Wyszogrodzkiej. Nią właśnie przez południowo-wschodnie rubieże miasteczka przejeżdżają ciężarówki zjeżdżające z Sochaczewa 50-tką kierując się na krajową 7-kę w stronę Mławy. W efekcie - przy zamkniętych szlabanach na Wyszogrodzkiej - na pobliskim rondzie mocno utrudniony robi się przejazd DK 10 w stronę Sierpca, Torunia i Bydgoszczy. Jeśli by te przewozy “kamyków” rzeczywiście miały ruszyć to konieczne jest udrożnienie toru/-ów do placu ładunkowego, aby uniknąć mega-kłopotów na pobliskich węzłach drogowych. Na płoński plac ładunkowy nie zaglądałem od ponad 4 miesięcy, czyli wyprawy na czerwcowe Objazdy>> W sumie nie łudziłem się, by miała tam w tym czasie zajść jakaś przełomowa zmiana i faktycznie - nie zaszła. Kilkunasto-już-letnie drzewka jak rosły na torach przy placu tak rosną nadal… Ale kto wie, może za jakiś czas plac ładunkowy odżyje na okoliczność wyładunku kruszyw? Oby! Na razie jednak hula po nim wiatr i nic się nie dzieje, więc zaspokoiwszy ciekawość ruszam dalej do Płocka. Wracam na krajową Dziesiątkę i jadę nią do Góry, która to wieś - pewnie mało kto to wie - ma w swej historii kolejowy epizod. Otóż dochodził do niej z Baboszewa wąskotorowy tor kolejki cukrowni Izabelin, odgałęziający się na południe w pobliskim Dobrsku (skąd też na północny zachód biegł do Świerczynka). W Górze skręcam w powiatówkę 567 i walę nią prosto na Płock. Oczywiście na Płock Trzepowo hahaha. Trzeba obczaić co tam na wyjeździe w Polskę się szykuje z PKN-u. Ale bez rewelacji, jakiś Traxx się próbował tylko. Oprócz niego dostrzegłem wygaszoną Skodę pomarańczowo-granatową z białym pasem. Jadę na północną głowicę, gdzie również stały jakieś dwa nowoczesne e-pojazdy niewarte w ogóle zatrzymywania się. Ważne natomiast, że można tam przejechać pod torami, a potem jechać wzdłuż bocznicy prowadzącej do petrochemii. Takoż czynię i wkrótce przejeżdżam wiaduktem nad wiązką torów prowadzących z rafinerii do Trzepowa. To stąd właśnie zwinęła nas Orlen Ochrona 17 lat temu. Ech, wspomnienia lat szczenięcych… Mając kilkadziesiąt minut do zmarnowania jadę sobie niespiesznie drogą do bramy nr 5 oglądając petrochemię od strony północnej. Następnie sunę ul. Sienkiewicza i skręcam na południe w Augustyna Kordeckiego zmieniającą wkrótce nazwę na ul. Witolda Zglenickiego. Kolejny skręt i już jestem na Łukasiewicza. Teraz objeżdżam petrochemię od południa. Ale widoków jakichś przełomowych brak, sporo drzew nasadzonych między ulicą a zakładem skutecznie utrudnia obserwację. Dobra, docieram w końcu do celu podróży na jakiś kwadrans przed wyznaczoną godziną spotkania. Na razie jednak nikogo nie widzę, więc zostaję w przytulnym ciepełku wnętrza auta. Melduję się Maćkowi na messengerze, że już jestem i uzyskuję odpowiedź, że on z kompanią też zaraz dojadą. I rzeczywiście, za niedługo pojawia się w towarzystwie Sebastiana Berezy znanego mi już wcześniej z przypadkowego spotkania zimą w Mszczonowie. Jest też dobry znajomy z Sierpca Piotrek Szymański (po raz kolejny wyjaśnię: zbieżność nazwisk przypadkowa) i Maciej vel. “Jan Jakubiak” z Warszawy. Chwilę gadamy w oczekiwaniu aż ktoś z firmy do nas wyjdzie o umówionej godzinie i w końcu pojawia się - jakie miłe zaskoczenie - młoda, bardzo ładna, kobieta. Właściwie jeszcze dziewczyna. Gorzej, że mówi iż jest jakiś problem z listą uczestników wycieczki, coś tam u nich nie “pykło” i musi spisać nasze personalia na kartkę. Na szczęście nasz wódz ;-) Maciej staje na wysokości zadania i od razu wręcza pani Małgosi, bo tak ma na imię ta urocza istota, wydrukowaną check-listę. Za chwilę dołącza do niej kolega, który zaprasza nas do podstawionych czterech samochodów. Tym samym rozwiązuje się od razu jedna z zagadek, która brzmiała “a jak my stąd dostaniemy się do obiektów kolejowych?”. Prawie przez cały teren petrochemii trzeba się jakoś przeprawić! Od tej bramy nr 2 do torów zdawczo-odbiorczych jest aż 2,5 km w linii prostej! A przecież trzeba trochę pokluczyć w tym labiryncie, co z pewnością wyraźnie wydłuża dystans. Aha, podobało mi się takie skrócenie dystansu z jego strony, błyskawiczne przejście na “Wy”, a nie jakieś dęte zwroty w rodzaju “szanowni państwo” (była wśród nas jedna kobieta). Najpierw jednak musimy przejść przez bramki takie jak w metrze. Kolejny z naszych przewodników odczytywał nasze nazwiska, a pan ochroniarz odblokowywał bramkę swoją przepustką. Następnie rozdzielamy się po trzy osoby na samochód i ruszamy na pierwszy ogień do - jak nam zapowiedziano - siedziby spółki. Naprawdę zarąbiście się złożyło, że mamy do przejechania praktycznie caluśki teren petrochemii - daje to praktycznie niepowtarzalną okazję dla osoby postronnej obejrzenia tych wszystkich tajemniczych instalacji do rafinacji ropy naftowej, magazynów poszczególnych gotowych produktów, plątaniny setek kilometrów rur, tysięcy zaworów. Istny raj dla miłośników industrialu! Jadę nieomalże z nosem w szybie i z rozdziawioną gębą, chłonąc te wszystkie przemysłowe cudowności :) Na jednym ze skrzyżowań przepuszczamy... karawanę autokarów z dziećmi. Dobrze ponad 10 pojazdów przywiozło młodzież szkolną z Łowicza (sądząc po rejestracjach) na zwiedzanie zakładu zza szyb. Podczas jazdy nasz kierowca opowiada o zasadach ruchu drogowego na terenie petrochemii. Otóż, maksymalna dozwolona prędkość to 40 km/h (widzieliśmy jednak znacznie szybciej poruszające się pojazdy…). Zakładowa spółka ochroniarska, jak również policja (ma prawo wjazdu za bramę), mogą kontrolować prędkość pojazdów i wlepiać mandaty - ciekawe, co nie? Przed każdym przejazdem kolejowo-drogowym stoi znak STOP i rzeczywiście, przed każdym nasza kolumna zatrzymywała się przepisowo. Po paru minutach (jak dla mnie mogłyby się one przeciągnąć do co najmniej kilkunastu - tyyle tam jest do oglądania) docieramy do pierwszego celu podróży i jesteśmy prowadzeni do sali konferencyjnej. Kulturka - zimne i ciepłe napoje (kawa, herbata) do wyboru (poranek jest rześki, więc przyda się coś na rozgrzewkę). Poznajemy kolejnych pracowników Orlen Koltrans na czele z samym prezesem, panem... Piotrem Szymańskim - nie, nie tym Piotrkiem z Sierpca hahaha :-D Ja nie mogę, mało nie parsknąłem śmiechem gdy się przedstawiał - stężenie Szymańskich w jednym pokoju sięgnęło granic nieprawdopodobieństwa. Trzech! W tym dwóch o tym samym imieniu na dodatek :)) Poza prezesem przedstawiają nam się nasi kolejni oprowadzacze - szef warsztatu lokomotyw, kierownik bocznicy kolejowej (to akurat ten skracający dystans pan, który wyszedł do nas przed bramę), pracownicy myjni cystern oraz sekcji napraw wagonów. Jeden z nich skonstruował po godzinach pracy... grill w kształcie parowozu. Ma nawet tabliczki inwentarzowe - to wolsztyńska Ok1-359, chociaż grill przypomina oryginał w stopniu bardzo umiarkowanym ;-) Ale plus że się w ogóle chciało coś takiego wykonać! Osobiście jednak zamiast parowozu widziałbym gagarina z odchylanym dachem dającym dostęp do węgli i rusztu z kiełbaskami - ależ by one smakowały hihihi :-D W kwestii organizacyjnej, aby zwiedzanie było możliwie wygodne, pada propozycja by nasza dwunastka podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza grupa pojedzie najpierw na stację, gdzie formowane są ładowne składy w Polskę oraz przyjmowane próżne wagony z Trzepowa, a druga grupa w tym czasie uda się do zakładów naprawczych wagonów. Ja oczywiście wolę zacząć od obejrzenia stacji i urządzeń sterowania ruchem, bo to jest coś co mnie najbardziej w kolei interesuje. Zanim ponownie rozejdziemy się do samochodów zostajemy wyposażeni w pomarańczowe kamizelki, kaski i okulary ochronne - pełna profeska! Tak samo przyodziani są też wszyscy obecni w konferencyjnej pracownicy, nie wyłączając prezesa w roboczym czerwonym kombinezonie. Dobra, ruszajmy wreszcie! Na początek podjeżdżamy do nastawni dysponującej, pod którą w nieco przydługiej gadce (wszyscy chcemy czym prędzej do środka!) prezes i kierownik bocznicy na zmianę opowiadają nam o procesie przyjmowania i wysyłania wagonów, o przeszłości, teraźniejszości i jak to będzie wyglądać w ponoć nieodległej przyszłości. Pokrótce przybliżę: obecnie jest tak, że próżne wagony z Trzepowa - mowa o składach mieszanych - przechodzą przez górkę rozrządową. Zwarte składy całopociągowe, np. “Świnoujście” (ciężki olej opałowy na eksport) oczywiście nie, bo nie ma takiej potrzeby. I jak to na górce (górka jest malutka, ledwo co w ogóle widać wzniesienie - nie to co na Pradze czy WGT), grupy wagonów odpowiednio wcześniej rozprzęgane kierowane są na różne tory. Hamowanie odbywa się z użyciem hamulców torowych “grzybków” (w przeszłości były pneumatyczne hamulce torowe, ale nie funkcjonowało to najlepiej i zamieniono je na grzybki). Grzybki generalnie dobrze spełniają swoją rolę, ale trzeba uważać z lżejszymi wagonami. Na przykład lokomotywa pchająca przed sobą platformę musi po grzybkach przejechać bardzo powoli, bo przy większej prędkości grzybek może lekki wagon wykoleić. W przyszłości górka ma zniknąć - ku rozpaczy kierownika stacji - który jest z nią emocjonalnie związany, albowiem - jak się nam zwierzył - przeszedł przez wszystkie szczeble kariery, począwszy od manewrowego jeżdżącego na stopniach wagonów, poprzez ustawiacza, zwrotniczego, dyżurnego ruchu aż na byciu obecnie szefem pracowników wszystkich tych profesji kończąc. Przy czym nadal jest młodym, rzutkim facetem, na oko daję mu ciut poniżej 50 lat. Górka ma być niedługo zbędna, bo spółka chce formować zwarte składy beczek z tym samym produktem, które - gdy przybędą próżne z powrotem - nie będą wymagały rozrządzania. Tylko wprost od razu do nalania kolejnej partii ładunku. Oczywiście zawsze może wystąpić konieczność wyłączenia ze składu uszkodzonego wagonu lub kilku. W takim przypadku będzie można posiłkować się zwykłym manewrowaniem lokomotywą z wagonami, albo rozrządzeniem metodą odrzutu (choć wydawało mi się, że z cysternami ta metoda jest niewskazana…). Chodzi o to, zmniejszyć koszty związane ściśle z liczbą lokomotyw wykonujących dotychczasową pracę manewrową. Przeważnie, w zwykły dzień pracują 4 tamary, które nota bene były bardzo chwalone (“nie ma lepszych lokomotyw do manewrów”). Byłoby potrzeba ich więcej, gdyby nie to, że stacja wyposażona jest w stacjonarne urządzenia do przeprowadzania prób hamulców. Po prostu podłącza się wąż do pierwszego wagonu i sprężonym powietrzem napełnia się przewód główny składu. Dzięki temu nie trzeba do tego trzymać lokomotywy przy składzie. Zamiast tego może ona wykonywać pracę manewrową. Podjeżdża do niego gdy przyjdzie pora wyciągnięcia go na Trzepowo, robi się tylko uproszczoną próbę zabierającą pewnie góra 10 minut (zamiast godziny na pełną próbę) i heja - rura do góry na Trzepowo. To akurat fajne i potrzebne urządzenia, ale co do likwidacji górki usprawiedliwianej cięciem kosztów, to nie jestem do końca przekonany o palącej konieczności oszczędzania na paliwie i roboczogodzinach maszynistów w firmie... produkującej paliwa - to trochę tak jakby szejk w Arabii Saudyjskiej martwił się, że agregat zapewniający prąd do napędu pompy szybu naftowego zużywa zbyt dużo benzyny... Odnoszę wrażenie, że w Polsce chce się nadrobić z nawiązką lata zastoju inwestycji z czasów schyłkowej komuny i modernizuje się różne rzeczy na siłę nawet jeśli taka modernizacja jest niekoniecznie potrzebna. Ot, taka sztuka dla sztuki, a że pieniążki są to dawaj - robimy! Niemcy mają zupełnie inne podejście - na bieżąco utrzymują w bardzo dobrym stanie infrastrukturę i wychodzą z założenia, że po co zmieniać skoro działa dobrze? Stąd na ichnich liniach kolejowych, w tym magistralnych, nie takim wcale rzadkim widokiem są np. kształtowe tarcze ostrzegawcze i semafory. Działają? Działają. To na kut je wymieniać na światła? Mnie ten punkt widzenia jest zdecydowanie bliższy :) Dobra, po nieco przydługiej pogadance (już zdążyłem zacząć przestępować z nogi na nogę z powodu zimnego wiatru) ładujemy się wreszcie do nastawni dysponującej. Niewysoka taka, niepozorna. W środku, zgodnie z oczekiwaniami, pulpit kostkowy - znaczy przekaźniki. Pulpit nie za dużego formatu, szczerze mówiąc myślałem że będzie większy. Nasz przewodnik i jednocześnie przełożony dyżurnego jest w swoim żywiole - pokazuje co i jak działa, rzuca numerami torów, wooow - naprawdę widać dużą pasję i zaangażowanie! Wydaje się, że nawet sam prezes łyknął trochę nowej wiedzy hehe. Szkoda, że akurat nie ma potrzeby wypuszczenia jakiegoś pociągu, obejrzelibyśmy sobie całą teorię przekutą od razu w praktykę. Po kilkunastu minutach w przytulnym wnętrzu czas znów wyjść na zimny wicher (pogody tośmy nie trafili…). Następny przystanek: nieodległa nastawnia rozrządowa. Idziemy do niej pieszo. Oczywiście ledwo cośmy wyszli z dysponującej zaraz minął nas skład ładowny prowadzony na Trzepowo... Szszszkurde bele! Nie mogli nas przytrzymać nieco dłużej w tej dysponującej? Byśmy sobie oblookali układanie drogi przebiegu na pulpicie, z okien byłoby widać zapalanie się semaforów… Jest niedosyt lekki :( Nastawnia rozrządowa, znajdująca się najbliżej Trzepowa, że tak obrazowo przybliżę jej położenie, jest nieco wyższa i przestronniejsza od dysponującej, z lepszym widokiem na tory, zwłaszcza - co oczywiste - na górkę i wyjazd na Trzepowo/przyjazd z Trzepowa. Oprócz pulpitu kostkowego jest też wyposażona w osobny pulpicik (robiony na zamówienie) do przekładania zwrotnic kierujących rozrządzane wagony na odpowiednie tory kierunkowe. Są to zwrotnice o szybszym działaniu niż tradycyjne, mają napędy wewnętrzne co skraca czas zmiany położenia iglicy. Oczywiście jak na złość nie było akurat żadnego pociągu do rozrządzenia, ponownie musieliśmy nasycić się jedynie teorią. Ale dobre i to :) Do trzeciej nastawni - wykonawczej - musimy podjechać samochodami, bo jest dość znacznie od nas oddalona, praktycznie na przeciwległym krańcu stacji. Zanim jednak zasiądziemy w autach, czeka nas jeszcze zaznajomienie się z działaniem system RFID (Radio Frequency IDentification), którego widocznymi przy torach elementami są takie niewysokie żółte skrzyneczki. To czytniki umieszczonych na wagonach tagów - takich małych szarych sztabek. Otagowany ;-) wagon przejeżdżając obok czytnika przekazuje informacje o miejscu pobytu i numerze EVN. Ułatwia to zarządzanie rotacją taboru, ale do pełni szczęścia Orlen chciałby wyposażyć wagony w GPS-y, tak aby w czasie rzeczywistym wiedzieć gdzie który akurat się znajduje. Gruba inwestycja biorąc pod uwagę, że OrlenKoltrans ma - dane ze strony www - 567 wagonów cystern. Padło też pytanie o to, co się robi z wagonem i ładunkiem tegoż w sytuacji, gdy podczas transportu zaginie plomba? Szczerze przyznam, że nie pamiętam odpowiedzi w odniesieniu do ładunków takich jak benzyna czy olej napędowy. Z beczką zawierającą takie chemikalia jak olej opałowy lub asfalt nic się chyba nie robi - asfalt jest asfalt i tyle. Natomiast zapadła mi w pamięć odpowiedź na to pytanie w odniesieniu do beczek napełnionych paliwem lotniczym. Tu oczywiście trzeba całkowicie wykluczyć ingerencję osoby postronnej, która potencjalnie mogłaby czegoś dolać, coś wrzucić. Bo to by miało katastrofalne (dosłownie!) konsekwencje dla pasażerów i załogi samolotu z “chrzczonym” paliwem. Dlatego do podejrzanej cysterny bez plomby wysyła się mobilne laboratorium, które pobiera próbki i określa czy trzymają one wszystkie normy. Dodatkowa ciekawostka - beki na paliwo lotnicze są pomalowane w środku, aby nie korodowały (znów: by paliwo do samolotów było cacy miodzio), podczas gdy cysterny na wszystkie inne paliwa to w środku surowy goły metal! Więc korodują aż miło i to wszystko trafia potem do silników naszych samochodów… Będę więc teraz częściej zmieniał filtr paliwa niż raz na 10 lat ;-) Dobra, jedziemy do wykonawczej. Okazuje się ona największym i najbardziej przestronnym w środku budynkiem ze wszystkich trzech. Wyposażona jest też w największy pulpit nastawczy, oczywiście kostkowy. Jest tu odwzorowany praktycznie cały układ torów stacyjnych i bocznic. Rewelacja! Mógłbym tu spędzić cały dzień obserwując kooperację między dyżurnym z dysponującej a nastawniczym z wykonawczej - jak żądają i udzielają zgód na ułożenie dróg przebiegu, jak w konsekwencji wyświetlają sygnały na tarczach i semaforach - taaak, bez wątpienia sterowanie ruchem kolejowym to jest coś co mnie w kolei najbardziej pociąga! No i tak się sympatycznie wreszcie złożyło, że zobaczyliśmy na żywo i w kolorze ;-) jak się wypuszcza pociąg do Trzepowa (do trzech razy sztuka). Najpierw obserwowałem pracę nastawniczego przy pulpicie, a potem otworzyłem okno by podelektować się zapachami i dźwiękiem przejeżdżającego tuż pod oknem pociągu. Po skonsumowaniu wisienki z tortu ruszyliśmy realizować kolejny punkt programu, jakim była wizyta w lokomotywowni. Tu spotkaliśmy się z drugą grupą. W hali napraw i przeglądów trwała akurat naprawa SM42 - panowie grzebali coś tam w górnej części silnika, tak że trzeba było otworzyć nie tylko boczne drzwi przedziału maszynowego, ale także górną osłonę. Jeden z nich siedział na dachu. Dla asekuracji miał założone szelki, do których podczepiona była lina, a ta z kolei poruszała się na bloczku jeżdżącym wzdłuż innej liny rozpiętej wzdłuż osi toru. W razie gdyby pracownik stracił równowagę podczas pracy na wysokości, lina zadziała jak pas bezpieczeństwa w samochodzie i zatrzyma gościa przed spotkaniem z glebą. Do zwiedzania udostępniono nam najnowszy nabytek - zmodernizowaną gruntownie w nowosądeckim NEWAG-u tamarę, która teraz nosi oznaczenie 15D. To jest właściwie zupełnie nowa lokomotywa, ze starej została rama, wózki, silniki trakcyjne i zbiornik paliwa. Pracownik zaprezentował nam cały proces uruchamiania lokomotywy, począwszy od załączania baterii akumulatorów, poprzez luzowanie hamulca śrubowego a skończywszy na wciśnięciu przycisku START uruchamiającego zapłon. Warte odnotowania jest to że maszyna ma jedynie kilka akumulatorów (nie pamiętam, dwa bądź cztery zdaje się), z których prąd, w procesie uruchamiania lokomotywy, ładuje kondensator. Trzeba poczekać minutę-dwie, aż to się stanie. Dzięki zastosowaniu kondensatora można było zredukować liczbę kosztownych akumulatorów, których w starej tamarze było kilkanaście, a w gagarinie są aż 32 ogniwa akumulatorowe! Wedle słów pana warsztatowca, maszyniści ją sobie chwalą, bo jest mocna i zapewnia o wiele lepszy komfort pracy niż jej protoplastka. Niestety, nie było akurat żadnego z dwóch pozostałych jeszcze w czynnej służbie M62, oba były gdzieś w trasach. Natomiast jeszcze w drodze do lokomotywowni widzieliśmy z okien samochodu dwa inne, odstawione już Czerwone Październiki, jak zwykłem je sobie nazywać. Gdy już wszyscy chętni obejrzeli sobie 15D w środku zaproszono nas na dwór, gdzie stały lokomotywy elektryczne Gryffin E4DCUd-001 i Traxx E186MS. Na pierwszy ogień poszedł drugi z nich. Skoro jest to wszedłem, ale w ogóle mnie to nie grzało. W kabinie maszynisty zwraca uwagę ogrom wolnej przestrzeni, można by tam małą prywatkę rozkręcić z tańcami, hulanką i swawolą. Kolega obok stwierdził, że otwarte są drzwi do przedziału elektrycznego, ale coś się “cykał’ wejść czy nie wejść. - Masz latarkę w telefonie? - pytam. - No mam - odpowiada. - No to odpalaj i ładuj się do środka, chłopie! Ja też swoją uruchomiłem i tym sposobem nie zabiliśmy się w ciemnościach idąc korytarzem do drugiej kabiny. Potem do Gryffina (w nim akurat drzwi do korytarza były zamknięte na klucz). Też sporo miejsca w kabinie, ale to co od razu rzuca się w oczy to koszmarnie wielka, plastikowa belka oddzielająca przednią szybę od bocznej. Okropnie to wygląda zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Nie jestem w stanie domyślić się, co też kierowało projektantem pudła, że taką kupę plastiku przewidział ograniczającą widoczność, zamiast powiększyć szyby. Dobra, kij z nimi, kto by się tam takimi plastikami interesował… Jedziemy dalej, tym razem do oczyszczalni cystern. Nooo, muszę powiedzieć, że nie zazdroszczę pracującym tu ludziom. Od razu na dzień dobry powiedziano nam, że w oczyszczalni nie zmieniło się praktycznie nic od oddania jej do użytku w latach 60. I to widać, niestety. Wszechobecny brud, syf, kiła i mogiła a do tego unoszący się w powietrzu drażniący nozdrza sztynks produktów ropopochodnych. W przyszłym roku mają jednak oddać do użytku budowaną po sąsiedzku nową oczyszczalnię i to jest jakiś pozytyw. Pracownicy mają jedynie 6-godzinny dzień pracy z uwagi na szkodliwe środowisko. Mycie cystern w środku odbywa się standardowo raz na cztery lata, co trochę mnie zszokowało, bo myślałem że znacznie częściej. Robi się to w ten sposób, że przez górny właz wkłada się rurę z jakąś taką rozpylaczo-myjką, zamyka i pod ciśnieniem tłoczy parę wodną. Potem nieczystości spuszcza się do osadnika, a następnie wagon poddaje schładzaniu, aby do środka mógł wejść pracownik okutany od stóp do głów w gumowy kombinezon. Trzeba bowiem ręcznie (sic!) usunąć szlam, który nie chciał dobrowolnie spłynąć. Na dnie nierzadko znajduje się różne dziwne przedmioty, które przypadkiem komuś wpadły przez otwarty właz, np. śruby. Oporną breję pracownik ładuje do zwykłego metalowego wiaderka, a inny wyciąga go na sznurze i wywala do takich dużych plastykowych pojemników, jakich kilka minęliśmy po drodze (jak również owych wiaderek, które chyba też pamiętały lata 60-te, hehehe). Okropna praca, brrrr… Na koniec przeszliśmy koło osadnika ropnych nieczystości wypompowanych z cystern, to z niego tak waliło na całą okolicę. To po prostu duży betonowy basen podzielony na dwie komory, przykryty daszkiem. Cięższe frakcje syfu gromadzą się na dnie jednej, a lżejsze przepływają do drugiej, skąd następnie - po jakimś czasie - odpompowuje się to do ponownego przerobu np. w produkcji asfaltów. A cięższe sobie osiadają na dnie przez rok, po czym osadnik się czyści (wolę nie wiedzieć czy wiaderkami…) i cały ten syf idzie do utylizacji (zapewne się to spala). Bez większego żalu opuszczam tę śmierdzącą oczyszczalnię, ale bynajmniej nie żałuję, że nas tu przywieźli. Zobaczyć było warto, lecz nie ma co przeciągać godziny odjazdu. Grupa ponownie rozdziela się na dwie podgrupy. Przed nami ostatni rozdział wycieczki - warsztat wagonów (druga grupa jedzie oglądać nastawnie). Naszymi przewodnikami było dwóch pracowników - młodszy i starszy (twórca grilla Ok1-359). Zwłaszcza młodszy ewidentnie się rozkręcił przy oprowadzaniu wcześniejszej grupy choć podczas prezentacji w sali konferencyjnej ledwo złożył dwa-trzy zdania w jedną składną całość. A tu - na własnych śmieciach - wyluzował się kompletnie i buzia mu się nie zamykała. Naprawdę z wielką pasją opowiadał o szczegółach technicznych poszczególnych wagonów, co najczęściej ulega usterkom, jak przebiega proces naprawy. Co za metamorfoza człowieka, niesamowite! Obejrzeliśmy w środku dwie hale - starszą i nowszą. Panowie ubolewali, że nowszej nie wyposażono w suwnicę (w starszej jest, co bardzo usprawnia pracę), a do dyspozycji mają jedynie wózek widłowy. Trochę kaszana… Obejrzeliśmy sobie specjalistyczne stanowisko do badania armatury (np. zaworów), dźwigniki kolejowe starszej i najnowszej generacji (te nowsze można sobie przestawiać na kółkach, starsze są przytwierdzone do podłoża śrubami). No i oczywiście wagony rozłożone na czynniki pierwsze - a to zużyte zestawy kołowe osobno, świeżutkie osobno, wózki wagonowe, cysterny bez nich na podnośnikach, poszczególne wymontowane elementy na stołach i regałach. A nawet pokazano nam zaplecze socjalne, pokoje mistrza, brygadzistów, szatnię, wszystko co dusza zapragnie. Na jednej z sal korytarza wisiała wielka plansza z nazwiskami wszystkich pracowników i wyszczególnionymi przebytymi szkoleniami i posiadanymi uprawnieniami zawodowymi. Dzięki temu unika się sytuacji, gdy szef zleca jakąś tam robotę podwładnemu, który nie ma do niej uprawnień, ale boi się odmówić przełożonemu. W razie czego potem taki brygadzista nie może się tłumaczyć, że nie wiedział o braku kwalifikacji Malinowskiego do wykonania powierzonego mu zadania. Mógł spojrzeć na tablicę to by się dowiedział. Pomysł z tablicą aktualnych uprawnień super - zdecydowanie godny naśladownictwa. Na koniec konstruktor grilla zaprosił chętnych na przejażdżkę pojazdem szynowo-drogowym, pod którą to nadętą nazwą kryje się po prostu traktor z rolkami utrzymującymi go na szynach. Najśmieszniejsze, że traktor został ochrzczony imieniem DYZIO. Co w tym niby takiego śmiesznego, zapytacie? Otóż, tak nazywa się jeden z moich dwóch kotów rasy brytyjski krótkowłosy :)) DYZIO służy do przeciągania wagonów z i do hal naprawczych. Jest to oczywiście pojazd znacznie bardziej ekonomiczny w porównaniu z wcześniej zatrudnianą do tych celów lokomotywą. No i na tym generalnie oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, pora wrócić do siedziby władz spółki na spotkanie podsumowujące oraz serię pytań i odpowiedzi. Zanim jednak padły jakiekolwiek pytania ze strony naszej ekipy, prezes Szymański roztoczył przed nami świetlaną wizję przyszłości czekającej spółkę przezeń kierowaną. Z bardziej konkretnych planów warto nadmienić o planach zakupu nowych wagonów i lokomotyw plus modernizacji starszych, ale bez podania bliższych szczegółów. Wspomniał też o dążeniu do zelektryfikowania torów zdawczo-odbiorczych na terenie PKN-u, tak by wyeliminować konieczność podmianek na tamary na Trzepowie. Z kolei pracę trzech nastawni, które zwiedzaliśmy, ma zastąpić jedno Lokalne Centrum Sterowania. Nie zabrakło też pewnej czołobitności względem obecnych władz naczelnych koncernu z politycznego nadania PiS, na czele z wójtem gminy Pcim, Danielem Obajtkiem. “Prezes Obajtek to, prezes Obajtek tamto” - aż mnie chwilami mdliło. Według przekazu prezesa Szymańskiego, pod rządami mister Obajtka, PKN Orlen wybija się na “światowego gracza”, którego rzekomo zaczynają obawiać się już nie tylko koncerny regionalne jak węgierski MOL, lecz także światowe potęgi jak Shell czy BP trzęsą portkami. Tu musiałem się naprawdę bardzo mocno się powstrzymać, by nie parsknąć głośnym brechtem. No bo jak można mówić takie rzeczy, gdy roczne przychody Shella w 2017 r. wyniosły 271 mld EUR, podczas gdy Orlenu 22 mld EUR (12,3 raza mniej!)? Pusty śmiech człowieka po prostu ogarnia na taką propagandę. No ale dobra, jestem w stanie wybaczyć tę obowiązkową porcję bzdurek w zamian za możliwość obejrzenia wszystkiego od środka. Na koniec walnęliśmy sobie jeszcze pamiątkową fotę przy parowozowym grillu, a Maciek wręczył prezesowi i pani Małgosi wydrukowane eleganckie podziękowania z podpisami wszystkich uczestników. No i zostaliśmy zaproszeni za rok, żebyśmy na własne oczy mogli się przekonać jakie to przełomowe zmiany zajdą w tym czasie. Hehe zobaczymy w praniu jak to wyjdzie i czy będziemy mieli ewentualnie coś nowego do obejrzenia. Oby nie skończyło się, jak zawsze, na pięknych planach i tradycyjnych wieloletnich zapóźnieniach w ich realizacji. Za stary cap już jestem by łykać takie słowne “rybki” jak młody pelikan ;-) Zwróciliśmy oczywiście jeszcze kaski, kamizelki i okulary i rozeszliśmy się do samochodów. Ja oczywiście załadowałem się do auta kierowanego przez najbardziej komunikatywnego i rzeczowego kierownika stacji, przypomnę - tego co pokazywał nam nastawnie, w których kiedyś pracował. To był strzał w dziesiątkę, bo podczas gdy inni kierowcy odwieźli swych pasażerów najkrótszą drogą do bramy, nasz wodzirej nadłożył jeszcze drogi, by pokazać nam bocznice najdalej wysunięte w głąb petrochemii dokąd dojeżdżają obecnie tamary a także w miejsca, do których już nie dojeżdżają, np. do stacji rozładunku chloru. Dało to nam jeszcze pełniejszy obraz jak cała olbrzymia powierzchnia rafinerii poprzecinana jest torami kolejowymi. Extra wycieczka samochodowa po Orlenie na sam koniec! Po dołączeniu do pozostałych trzech samochodów pożegnaliśmy się uściskami dłoni z naszymi przewodnikami i ruszyliśmy do wyjścia. Tu pan ochroniarz zrobił wielkie oczy “a kim są ci państwo, czy na pewno mogę ich wypuścić” ;-) Potrzebne jeszcze było uświadomienie go przez któregoś z kierowców, po czym uspokojony rozpoczął procedurę otwierania bramki swą kartą magnetyczną. Po wyjściu całej grupy za bramę Maciek poprosił mnie bym zrobił pamiątkowe zdjęcie do wrzucenia na fejsa. Samochód miałem zaparkowany blisko więc udałem się po statyw i aparat. Rozstawiłem i ledwo przymierzyłem do wstępnego zdjęcia, a już ze stróżówki wyleciał ów ochroniarz, co to nie wiedział czy na pewno ma nas wypuścić.
- Czy ma pan zgodę na fotografowanie? - oczywiście padło sakramentalne pytanie rodem z betonowego PeKaPe.
- Nie - udzieliłem prawdomównej odpowiedzi - ale przecież byliśmy na wycieczce w zakładzie, widział pan przecież. A teraz po prostu chcemy sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie i tyle - dodałem.
- Czy ma pan zgodę na fotografowanie? - zapytał ponownie z drwiącym uśmieszkiem wyższości na ustach.
- Nie, nie mam - pozostało mi tylko bezsilnie westchnąć.
- Czy zrobił pan jakieś zdjęcie?
- Tak.
- Czy może pan pokazać?
- Mogę (ciekawe co by zrobił gdybym odparł, że nie mogę…?).
Pokazałem. Widać grupę kilkunastu kolesi stojących pod fragmentem budynku bramy nr 2 i logo spółki nad nami. To wszystko - żadnych “tajnych” instalacji czy coś… A mimo tego gościu brnął bezmyślnie dalej:
- Prosiłbym aby pan je skasował.
Skasowałem, chociaż normalnie to bym odmówił, ponieważ nigdzie nie zauważyłem zakazów fotografowania. Do tego wygłosiłbym mu pogadankę chociażby o zdjęciach satelitarnych na Google Maps, gdzie widać WSZYSTKO dość wyraźnie, więc niech się łaskawie nie wygłupia. Ale zwyczajnie nie chciałem psuć sobie dobrego humoru w jaki wprawiła mnie wycieczka, ani też tracić czasu na dyskusje z pustakiem. Zwłaszcza że i tak wiedziałem (a on nie), że rzekomo skasowane zdjęcie odzyskam z karty na kompie w domu, co też się i stało. Jedynie czego mogę lekko żałować to to, że mnie nie ma w grupie z towarzyszami, ale za to odbijam się w szybie, więc w sumie jakbym był :-) Gdy złożyłem statyw, robot z Orlen Ochrony wrócił do swojej stacji dokującej, a my jeszcze sobie trochę pogadaliśmy. Aż przyszła pora pożegnania się z koleżeństwem. Pozwoliłem sobie w imieniu własnym i grupy podziękować Maćkowi za uwieńczoną sukcesem realizację pomysłu zwiedzenia Orlen Koltransu od kuchni. Wyobrażam sobie ile to kruszenie betonu wymagało czasu i determinacji, pewnie ładnych kilka miesięcy wymiany korespondencji. Także jeszcze raz, Maciek, wielkie WIELKIE dzięki!! Było MEGA ciekawie. I w ogóle muszę jeszcze podzielić się taką refleksją, że jestem ogromnie pozytywnie zaskoczony entuzjastycznym podejściem i otwartością wszystkich pracowników spółki, z którymi mieliśmy styczność. Spodziewałem się czegoś zgoła przeciwnego - tajemnica, strategiczna firma, nie możemy ujawnić, etc. Tymczasem nic z tych rzeczy! :) Super ludzie, bardzo otwarci, uczynni, służący całą swą wiedzą, niczego nie ukrywający - a wręcz przeciwnie: pokazujący wszyściutko, do ostatniej śrubeczki, tłumaczący do najdrobniejszego szczegółu. Wszyscy sprawiali wrażenie, że bardzo się… cieszą z istnienia takich kosmitów ;-) jak my, ludzi interesujących się ich pracą ogólnie rzecz ujmując. Sprawiało im to autentyczną frajdę. I świetnie, bo nam też!!
W drodze powrotnej miałem zamiar zajechać sobie do Sierpca, a potem wracać wzdłuż JSL przez Raciąż, Baboszewo i Płońsk. Nie sądziłem jednak, że tak długo nam się zejdzie - zrobiło się już kilkanaście minut po godz. 16. Z racji późnej pory oraz pogody była pod psem, stwierdziłem że trzeba walić prosto do domu tą samą drogą, którą tu rano przyjechałem. Przed Płońskiem głód przypomniał mi, że mam w bagażniku suchy prowiant. Zajechałem więc na plac ładunkowy, by spożyć mielonkę tyrolską (akurat widziała Tyrol, tiaaa) z chlebkiem i pomidorkiem na zagrychę. Nie minęło 5 minut i podjechał do mnie radiowóz... Kurła, czego chcą?
- A co tam za znak panie kierowco stoi? - pyta mnie pies.
- Znak, jaki znak, gdzie?
Setki razy na ten plac sobie wjeżdżałem i nigdy żadnego znaku zakazu nie było. Ale teraz już jest, policjant mi go wskazał. Nie zauważyć jest bardzo łatwo, bo zasłaniają gałęzie rozłożystego świerku, tak go sobie sprytnie pały we współpracy z drogowcami zamontowały. Na dodatek błyskawiczne ich pojawienie się koło mnie oznacza, że tylko czekają gdzieś za winklem na jelenia, co nie zauważy znaku. Padła z ich strony propozycja 300 zł i 5 punktów karnych. Czaicie?? Za wjechanie na bezpański pierdolony plac zarośnięty zielskiem i straszący porzuconą ciężarówką lat temu już kilka (może tak by się za nią, kurwa, wzięli najpierw - ustalili właściciela, usunęli wrak i obciążyli go kosztami wywózki??) psy winszują sobie trzy paczki! Całe szczęście, że już koniec miesiąca i najwidoczniej zdążyli wyrobić normę mandatów, bo dał se ostatecznie spokój widząc żem nie żaden typ spod ciemnej gwiazdy, tylko przystanąłem na posiłek (zdążyłem na szczęście ukroić pajdę chleba i otworzyć konserwę). Pouczyli i odjechali. Ja oczywiście też odjechałem kawalątek dalej, zaparkowałem na podjeździe pod dworzec, gdzie dokończyłem konsumpcję, po czym już bez dalszych nieprzyjemnych przygód wróciłem do Warszawy. 
Na koniec warto, myślę, odesłać do strony internetowej Orlen Koltransu, gdzie znalazła się wzmianka o naszej wizycie u nich>>